Archiwum
Zakładki:
;-)
Czytelnia
Ech, te kobiety
Fotograficzne
I faceci
Kuchnia
Salon z politykami
Składzik z szablonami
Teraz Kraków
W świecie szerokim
Wiedza wszelaka
> Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl
Jeśli czegoś chcesz, znajdziesz sposób. Jeśli nie chcesz, znajdziesz powód.

wspominki

piątek, 11 stycznia 2008

  Dziś wizyta u krawcowej, która będzie szyła ślubną suknię Starszej. Starsza przerażona - musiała wybrać model, świadoma, że odwrotu nie będzie.

***

 Przed dwudziestoma trzema latami salony mody ślubnej znane były u nas tylko z opowieści o zgniłym zachodzie. Suknię ślubną można było zdobyć na trzy sposoby: uszyć u krawcowej, kupić od kogoś, kupić w komisie. Ja wybrałam ten trzeci. Tata wręczył mi pieniądze i pojechałam do centrum miasta.  Sama.

 Mama na wieść o tym, że chcę wyjść za mąż zrobiła awanturę. Że nie, że ona nie pozwoli. Tak samo było potem z moją siostrą, i - o ironio - z moją córką. Że to niemożliwe. Bo nie. Ona się nie zgadza. Jakby ktoś ją o to pozwolenie dla Starszej prosił.

 Ale odbiegłam od tematu. Pojechałam do komisu, obejrzałam, wybrałam, przymierzyłam, kupiłam. Ekspedientki miały dziwne miny. Tak samo jak Teściowa. Sama pojechałaś? Nikt z tobą nie był? Oglądnąć, doradzić? Trzeba było mi powiedzieć, ja bym pojechała.

 No nie był nikt, taka ze mnie zosia-samosia była. I tak mi już zostało.

Sukienka była w sam raz, nie za strojna, nie za skromna. W każdym razie mnie się podobała. W domu awantura. Że beznadziejna. Ale skoro ja byłam beznadziejna, to i sukienka musiała taka być. Pół rodziny dowiedziało się o moim fatalnym guście i nietrafionym zakupie. Na tę okoliczność został zawezwany, jako ostateczna instancja, kuzyn mamy z żoną. Mama liczyła się bardzo z ich zdaniem. Miałam jeszcze w "odwodzie" sukienkę mojej starszej kuzynki. Kuzynowstwo mamy przyjechało, odbyła się komisyjna ocena.

 Niebo a ziemia - stwierdził kuzyn, a oblicze mamy pojaśniało  z satysfacji. Ale nie na długo. Wybór padł na moją sukienkę.

*** 

  Czasem myślę, że chciałabym mieć taką matkę, jaką sama jestem. Z pełną świadomością, że do ideału mi daleko.

23:50, nie_taka_zla , wspominki
Link Komentarze (3) »
środa, 20 grudnia 2006

  Więc spódnica była taka, jakie się wtedy nosiło, marszczona, ale wtedy byłam bardzo szczupła, choć wydawało mi się, że mam wystający brzuch. Z dzisiejszej perspektywy widzę, że ten brzuch był prawie wklęsły ;-) W każdym razie wtedy mogłam spokojnie nosić marszczone spódnice. Spódnica przyszła w paczce.

 Po paczki chodziło się do kościoła. Nie wiem, jakimi drogami ludzie dowiadywali się, że dary "przyszły". Nie było komórek, nie było mejli, nikt nie ogłaszał, bo i nie wiedział, kiedy transport nadejdzie. To chyba było działanie niezawodnej poczty pantoflowej.

 Więc paczka znalazła się w domu. To nie było tak, że wszystko było wsypane "do jednego wora". To były zapakowane przez konkretnych ludzi rzeczy. Ktoś zadał sobie trud, by spakować trochę ubrań (np. super porządny sweter z szetlandu), ręcznik, pachnące mydełka, pastę do zębów i rarytas - mięciutką watę, żeby włożyć świąteczną kartkę i napisać parę słów w dołączonym liście ( których nikt nie umiał przetłumaczyć, bo paczka była  z Holandii). Ktoś pomyślał o tym, co może być potrzebne w miejscu, gdzie wszystko trzeba było nie kupować, ale zdobywać, jeżeli akurat "coś rzucili". Watę zdobyć było ciężko, trzeba było się zadawalać ligliną. Brr, co to były za czasy ...

 Ta paczka to jeszcze jedno skojarzenie, kiedy myślę o Bożym Narodzeniu i o stanie wojennym. Bo to było właśnie wtedy.

 Potem "przychodziły" inne dary. Wtedy już były zapowiadane z ambony. Mleko w proszku dla niemowląt, mąka, jajka w proszku i wyjatkowe paskudztwo - solone masło. Masło trzymało się w zimnej wodzie, ale niewiele to pomagało. Sól nie chciała z niego wyjść.

 Hmm ...  Jedna zobaczona we snie spódnica i tyle wspomnień ...

                                                

23:09, nie_taka_zla , wspominki
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 listopada 2006

Osoby:

-ja, czyli matka

-oraz Starsza, czyli nieletnie dziecię

Miejsce akcji:

-dom

Czas akcji:

-....naście lat temu

Akcja:

Starsza ma półtora roku. To druga zima w jej życiu, ale teraz zaczyna mówić.

Spadł pierwszy śnieg.

Starsza patrz zdumiona i w końcu mówi:

- A kto rozsypal ten cukr?

22:38, nie_taka_zla , wspominki
Link Komentarze (2) »
czwartek, 11 maja 2006

  Przypomniała mi się scena, jaka zrobił mi kiedyś Młodszy w przychodni.

 Miał wtedy cztery lata, trzeba było zrobić morfologię. Rozmawialiśmy wcześniej dlaczego to robimy i został pouczony o na temat zachowania. Nic z tego. Wyszłam z gabinetu zlana potem, on zaryczany. Kiedy spazmy przeszły mu na tyle, że mógł mówić, odezwał się w te słowa:

-Krew! widzisz, ja mam tu krew. Chcesz żebym ja umarnął? Obiecaj mi, że już nigdy mnie tu nie przyprowadzisz!

 No i masz babo placek. Nie mogę mu przecież tego obiecać, kłamać też nie chcę ...

 Taktownie zmieniłam temat, kierują jego uwagę na sprzedawane w przychodni obwarzanki ;-)

19:40, nie_taka_zla , wspominki
Link Komentarze (2) »
czwartek, 04 maja 2006

  W czasie wielkiej majówki w telewizji znów "leciał" Kargul z Pawlakiem. Słusznie, przecież wciąż są rosną nowe pokolenia widzów, którzy tego nie znają! Na przykład mój dwunastoletni syn. No dobrze, skończmy z tą ironią. Podobało mu się, choć nie wszystkie żarty "łapał".

 Klimat tego cyklu spowodował, że w pamięci pojawiła się klisza.

 Studnia. W obejściu rodzinnego domu mojego taty. Studnia z żurawiem. Betonowe kręgi, obok obcięty pień, na nim zamocowany drąg z przyczepionym wiadrem. Na pniu zawieszony na gwoździu kubek. I wujek pijący lodowata wodę ze studni zawsze po powrocie z pola, niezależnie od pory roku. Pod tą studnią kuzynka poznała swojego męża, pod tą studnią moja babcia, pietnastoletnia wówczas dziewoja trzepnęła ścierą nazbyt namolnego oficera austriackiej armii, zza tej studni mój tata z braćmi udawali, że strzelają do zakwaterowanych w domu żołnierzy Wermahtu. Z tego, czym to się mogło skończyć, zdali sobie sprawę po latach.

 Do tej studni mógł podejśc każdy spragniony, po to wisiał ten kubek. I podchodzili, wracając z pola, idąc na przystanek, czy Bóg wie gdzie jeszcze.

 Druga klisza. Klucz, chowany za wiadomą domownikom ruchomą cegłą, kiedy gospodarze jechali w pole. Ale ktoś mógł niespodziewania przyjechać - syn z wojska, córki ze szkoły z miasta, bracia. Dla nich był ten klucz.

 Czy to jeszcze dziś byłoby możliwe? W końcu nie tak trudno wypatrzeć ową cegłę. A woda? To przecież moja studnia, ja za nią zapłaciłem, wara od niej!

 Jak to się ma do naszej rzeczywistości z wysokimi parkanami, domofonami, strzeżonymi osiedlami, węszeniem podstępu i złodziejstwa w każdym bliźnim?

23:15, nie_taka_zla , wspominki
Link Komentarze (5) »
niedziela, 12 lutego 2006

  Bez związku z czymkolwiek przypomniała mi się dziś nauczycilka rosyjskiego w szkole podstawowej.

 Była to kobieta słusznej postury. Już sam wygląd budził respekt. Ale nie tylko dlatego cieszyła się zasłużona opinią groźnej nauczycilki. Potrafiła na jednej lekcji postawić "pałę" całej klasie. Albo jednemu lub paru uczniom po dwie. Wyciągała wtedy władczym gestem rękę i po polsku mówiła: zeszyt dwa!

 Była wtedy moda na zacieśnianie przyjaźni polsko-radzickiej, co objawiało się obowiązkową przynależnością do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, co ograniczało się do opłacania składek, prenumerowaniem prasy radzieckiej (wydawanej na bardzo dobrym papierze) oraz korenspondowaniem z młodzieżą radziecką. Odbywało się to tak, że nauczycielka co jakiś czas rozdawała na lekcji adresy owej młodzieży. Któregoś razu jeden z chłopaków powiedział, że on nie chce adresu, bo już pisze do jednego ruskiego.

 Nauczycielka, która jako nieliczna w szkole była członkiem PZPR, wyglądała wtedy tak, jakby miała dostać apopleksji na miejscu. Zrobiła się gwałtownie czerwona i nastąpiło słynne "zeszyt dwa".

 Muszę jednak oddać jej sprawiedliwość - nie była miła, nie była fajna, nie była  kumplem, nie była lubiana, ale zrobiła to, co było jej zadaniem - nauczyła nas rosyjskiego. W szkole średniej nie uczyłam się rosyjskiego prawie wcale, a zawsze miałam czwórkę.

20:18, nie_taka_zla , wspominki
Link Komentarze (1) »
czwartek, 02 lutego 2006

  Dziecięciem będąc, w wieku wczesnoszkolnym garnęłam się do robótek ręcznych. Szyłam lalkom spódniczki, robiłam im na szydełku szaliki. Później wyszywałam serwetki, robiłam na drutach oraz przerabiałam sobie ubrania. To ostatnie nie zawsze wychodziło po mojej myśli.

 Ale wróćmy do szydełka. To było, kiedy chodziłam do III klasy podstawówki. Moja klasa miała zajęcia na późniejsze godziny. Rano byłam sama w domu. Postanowiłam coś zrobić. Coś orginalnego. Modne były wtedy różne siatki na zakupy dziane ręcznie. Też taką chciałam zrobić. Znalazłam żyłkę, szydełko i ... do dzieła!

 Żyłka była jednak oporna. Skończyło się tym, że wbiłam sobie szydełko w dłoń.

 Kiedy przyszła po mnie koleżanka, otworzyłam jej zapłakana, z szydełkiem w dłoni. Na szczęście jej mama była w domu. Szybka akcja ratunkowa zakończyła się wyjęciem szydełka i zajodynowaniem dłoni.

  W szkole wzbudzałam ogólną sensację aż do zejścia fioletowej plamy z ręki. Ale robótki ręczne nadal lubiłam.

09:12, nie_taka_zla , wspominki
Link Komentarze (3) »
niedziela, 18 grudnia 2005

  Jest 1.IX roku ...(pomińmy to milczeniem). Idę do nowej szkoły. Osamotniona, żadna koleżanka - ani nawet kolega - z klasy nie wybrali tej szkoły. Technikum budowlane.

  Panuje tam zamordyzm (o czym jeszcze nie wiem). Dyrektorem jest działacz - a jakżeby inaczej - partyjny. "Historyk" po Wyższej Szkole Marksizmu- Leninizmu czy jakoś tak. W szkole, jak już powiedziałam rygor, klasy dzielone na męskie i żeńskie. W mojej trzech rodzynków-niedobitków, których nie udało się upchnąć do klasy męskiej.

  Wracając do meritum - 1.IX. Rozpoczęcie roku szkolnego, apel, później rozejście się do klas z wychowawcami.

 Wchodzimy do klasy, zajmujemy miejsca. Ruch, gwar, szum. W końcu to 30 dziewczyn i 3 chłopaków. Nagle ... trach!!! Wychowawczyni walnęła dziennikiem w biurko.

  I zaczęło się. Wywrzeszczała nam, że ona widzi, że większość dziewcząt przyszła tu szukać sobie mężów, że większość z nas nie ukończy tej szkoły. Było jeszcze o "kulturze nowohuckiej" (że niby jej nie ma) i o hołocie. Miło, prawda?

 Nie piszę o tym w zwiazku z ostatnią aferą z filmikiem w internecie, gdzie nauczyciel wyzywa uczennicę od niedorozwiniętych. Swoją drogą to ciekawe, wszyscy wiedzą, że takie rzeczy są na porządku dziennym, a jednak większość jest oburzona. Co innego wiedzieć, a co innego zobaczyć? Mamy więc na jednym biegunie uczniów znęcających się nad nauczycielem, a na drugim "pedagogów" z Bożej łaski. Znowu wpadłam w dygresje. Do rzeczy.

 Spotkałam ową nauczycielkę, gdy wracałam z pracy. Wypadało mi do niej podejść. Gadka-szmatka, jej słowa ociekały miodem. Sztucznym. Zapytałam w końcu, czy nadal pracuje w tej szkole. Odpowiedziła, że przeniosła się do prywatnego liceum przy klasztorze X, po czym nachyliła się ku mnie i konfidencjalnym szeptem dodała:

- Do tej szkoły to teraz straszna hołota przyszła. Straszna. Uczniowie hołota i nauczyciele hołota. Nie to, co było, kiedy wy do niej chodziłyście.

 Tak, pani profesor. Pani też nic się nie zmieniła.

12:33, nie_taka_zla , wspominki
Link Komentarze (7) »
środa, 05 października 2005

  W sobotę, kiedy byłam w sprzątaniowo-praniowo-prasowalniczym szale, po raz kolejny doceniłam zdobycze techniki w dziedzinie sprzętu AGD. Wyobrażacie sobie pranie ręczne? bo ja teraz już nie. Jak kobiety dawały sobie radę bez pralek?

  W moim domu rodzinnym odkąd pamiętam była pralka typu Frania, później rodzice kupili używaną pralkę automatyczną. Kiedy wyszłam za mąż, zamieszkałam u śp.Teściów. Teściowa miał pralkę, ale używała jej tylko do prania pościeli.

  No cóż, jeśli wszedłeś między wrony ... Wywierali na mnie taką presję, że nie śmiałam prać w tej - zresztą nie mojej - pralce. Dopiero kiedy urodziła się moja córka, pralka była używana częściej - do prania pieluch. Były prane na programie gotowanie, ale i tak od czasu do czasu śp.Teściowa zarządzała "prawdziwe" gotowanie w kotle. Potem stopniowo, stopniowo używałam pralki coraz częściej (co zresztą śp.Teściowie mieli mi za złe - prąd!!!).

 A teraz, wstyd się przyznać, tylko rajstopy piorę ręcznie.

 

22:53, nie_taka_zla , wspominki
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 września 2005

  Iksińska znowu wywołała wspomnienia z dzieciństwa.

 Odkąd pamiętam mieszkam w blokach. Różnych, bo zanim rodzice dostali przydział na mieszkanie zakładowe, wynajmowali pokoje "przy rodzinie". Gdyby Tata dał się namówić i zapisał do partii, mieszkanie byłoby dużo wcześniej, ale On się migał. Niby nigdy nie odmówił wprost, kategorycznie, że nie, że niby się namyśli, że się jeszcze zastanowi ...

W blokach, jak to w blokach strychy, owszem są, ale nie ma w nich żadnej tajemnicy. Ot, kurz i sznurki do wieszania bielizny.

 Ale każde wakacje spędzaliśmy na wsi, u rodziny Taty. Tam był strych, ale dom był nowy. Strychu nie zapełniały tajemnicze przedmioty. Służył jako dodatkowe miejsce do przechowywania siana, zboża, kukurydzy.

 Ale jednego lata stał się czymś więcej. To było w roku 1971, 72 ? Deszczowe, zimne lato, tragiczne dla tego rejonu Małopolski. Powódź. W bliskiej odległości. Od miejsca, w który stał dom brata mojego Taty do Raby jest ponad 2 km, do Wisły może 6 km. Daleko? Okazuje się, że bardzo blisko. Więc było zagrożenie. I działanie, wszystkie "chłopy jeździły" na wały. Umacniali brzegi.

  I tu dygresja o roli Ochotniczej Straży Pożarnej na wsi. Niech się mieszczuchy z niej wyśmiewają, ale OSP potęgą jest na wsi i basta! To przejaw samoorganizacji lokalnej społeczności. Bycie strażakiem to honor! Jeszcze większą rolę pełni szkoła. Wieś bez szkoły umiera. Dosłownie. Kto ma dzieci i może, przenosi się tam, gdzie jest bliżej do szkoły.

 Ale wróćmy do roku 71 czy 72. Mój wujek z kuzynem też jeździli na wały. Również nocami. Podczas tych nocy, kiedy w domu zostawała ciocia z dziećmi, czyli z moimi kuzynkami, mną i moim rodzeństwem, spaliśmy na strychu, gdzie zostały wyniesione pościel i co cenniejsze przedmioty. Czy czuliśmy powagę chwili i grozę? Chyba nie. Dla nas to była atrakcja.

 Woda nie przerwała wałów w tej miejscowości, życie zeszło ze strychu. Ale w okolicy wylała Wisła, w miejscowości o nazwie - omen nomen - Grobla. Niezalane wsie zorganizawały pomoc dla powodzian. Gospodarze dawali zboże, mąkę, paszę dla zwierząt, sprzęt domowy. Pojechałam z wujkiem. Każdy gospodarz jechał do konkretnego domu, nie wiem kto to koordynował. Może ksiądz?

 To musiało na mnie zrobić kolsalne wrażenie, skoro do dziś pamiętam pokoje z czarnym pasem - śladem wody, mułu, błota. I ten zapach. Zgniły, okropny!

 Ta wieś podniosła się ze zniszczeń, dzięki temu, że jeden z jej byłych mieszkańców wysoko zaszedł w partyjnej hierarchii. Był Kimś Ważnym w Samej Warszawie. Wystarał sie o kredyty, pożyczki, czy ja wiem wresztą co? Wtedy mnie to nie interesowało.

 Dopiero podczas powodzi z roku 2002(?), kiedy byłam już dorosła i miałam swoje dzieci, zdałam sobie sprawę z grozy tamtych dni.

21:17, nie_taka_zla , wspominki
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2