Archiwum
Zakładki:
;-)
Czytelnia
Ech, te kobiety
Fotograficzne
I faceci
Kuchnia
Salon z politykami
Składzik z szablonami
Teraz Kraków
W świecie szerokim
Wiedza wszelaka
> Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl
Jeśli czegoś chcesz, znajdziesz sposób. Jeśli nie chcesz, znajdziesz powód.

złote obrączki

środa, 03 września 2008

 ty stary rowerze - karteczkę z takim tektsem dostała mama Zięcia od koleżanek z pracy wraz z takimi kolczykami ;-)

                                                      

  Ale to dopiero w poniedziałek. A wcześniej zanim została teściową?

Sobota w telegraficznym skrócie:

  1. fryzjer, u którego jesteśmy pierwszy raz ( bo ten, który był zamówiony skrewił na dwa tygodnie przed ślubem i trzeba było szukać nowego) zachwyca się włosami starszej, pięknie ją czesze i ubolewa, że Starsza zakłada welon. Jego dusza artysty ( Rosjanin) cierpi. Radzi Starszej, żeby rzucała welonem nie o północy, ale już pod kościłem, żeby wszystcy mogli podziwiać efekty jego pracy ;-). Czesanie przeciąga się o pół godziny.
  2. makijażystka spóźnia się o 45 minut. Musiała czekać na siostrę Zięcia i przyjechała później. Plan się sypie, zaczynam się denerwować.
  3. Podczas sznurowania gorsetu przecinam palec na naszytym kryształku. Plama. Panika. Makijażystka czyści sukienkę, kończy sznurowanie, przypina welon.
  4. Makijażystka zaczyna malować mnie, naprawia dwa złamane paznokcie.Ubieram się na dziesięć minut przed uzgodnioną porą przybycia Pana Młodego.
  5. w tak zwanym międzyczasie mąż ubiera koszulę Młodszego i dziwi się, że taka ciasna. Nie mógł przecież tak przytyć przez trzy tygodnie! ;-)
  6. nie ma jeszcze autobusu dla gości (powinien być już od pół godziny)
  7. przyjeżdżają Zięć z rodzicami, chrzestni, babcia
  8. błogosławiny. Obmyśliłam sobie dużo wcześniej, co im powiem. Mam tak ściśnięte gardło, że czuję, że jak otworzę usta, to zacznę płakać i nie skończę wcześniej niż za tydzień. Teściowa też nic nie mówi. Przemowę (ku mojemu zaskoczeniu, nie zdradzał się z tym wcześniej) wygłasza mój mąż. Głos mu niebezpiecznie drży. Starsza płacze. Ja też. Pozostali też wzruszeni. Trzeba poprawić makijaż. Mąż ujawnia potem, że powiedział tylko połowę tego, co chciał z powodu jak wyżej.
  9. ponieważ autobusu nadal nie ma (!!!), Młodzi wsiadają do limuzyny, reszta gości idzie do kościoła na nogach.
  10. przed kościół podjeżdża autobus. Drugi już stoi na parkingu. Goście z poprzedniego wesela wsiadają do niego. Po rozmowie męża z kierowcą okazuje się, że ten, który czekał (już od pół godziny !) jest nasz. "Nie nasi" goście wysiadają, wsiadają do swojego. Przekłamanie na zleceniu. Miał czekać przed blokiem.

  A potem jest PIĘKNY ŚLUB i UDANE WESELE.

Tak przynajmniej wszyscy mówią w oczy. A co poza oczami, to się okaże.

  Panna Młoda jest najpiękniejszą panną młodą na świecie, oboje są szczęśliwi, sala jest pięknie udekorowana, jedzenie smaczne i w dużych ilościach, orkiestra gra tak, że same nogi chodzą, wszyscy się bawią, nikt nie nadużył, nikt się nie awanturuje.

 I to by było na tyle :-)

 

 

niedziela, 31 sierpnia 2008

 I już po...

W środę młodzież wylatuje na tydzień na Kretę.

piątek, 22 sierpnia 2008

  Czas okołoślubny owocuje zintensyfikowaniem życia rodzinnego. Konwersujemy przez telefon, wizytujemy i jesteśmy rewizytowani. I muszę przyznać, że wbrew moim obawom jest całkiem sympatycznie.

Ps.

Sukienka z przyległościami od soboty w domu.

czwartek, 14 sierpnia 2008

Spotyka się dwóch facetów, w tym jeden mocno skacowany.

-Mówię ci, na jakiej super imprezie byłem! Super mówię ci! Jak to się nazywało? ...ślub, wesele? Jakoś tak. Ale się wybawiłem! I jeszcze takie coś mi dali - i facet pokazuje obrączkę na palcu ;-)

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

już tylko niecałe trzy tygodnie!

a!!! a!!! a!!!

sobota, 17 maja 2008

Szanowna pani!


Pierwszy kontakt z Pani pracownią nie wypadł imponująco. Owszem suknie piękne, cena niska. Obsługa pozostawiała nieco do życzenia. Nie ukrywam, że zdecydowałam się na zamówienie sukni dla córki u Pani ze względu na niską cenę, oraz zapewnienie, że uszyje Pani każdą, dowolnie wybraną sukienkę z katalogu, internetu czy też ze zdjęcia. Zapewnienie takie znajduje się zresztą na pani reklamówce w wersji papierowej, jak i na stronie internetowej. Pani szorstki sposób bycia położyłam na karb przemęczenia pracą. Oczekiwałam, że w momencie zapłacenia zaliczki i omawiania konkretnego modelu poświęci nam Pani więcej czasu i uwagi. Tymczasem zachowywała się Pani tak, jakby klienci Pani przeszkadzali i zrobiła Pani wszystko, by nas zniechęcić do siebie.

 Skutecznie.
Przyznam, że nie przygotowana byłam na tak obcesowe traktowanie i w związku z tym nie zareagowałam od razu. Mówiąc kolokwialnie, odjęło mi mowę, że w SALONIE standart obsugi jest niższy niż w byle sklepiku.

 Przykro mi, doprawdy, że pracuje Pani od godz. 5 do 22, jak Pani w formie wyrzutu powiedziła, ale - Pani wybaczy - to Pani problem. Nie ośmielę się oczywiście Pani pouczać, ale jedna rada ciśnie się na usta, a raczej pod palce - może należy pomyśleć o podniesieniu cen lub ograniczeniu przyjmowanych zleceń?

 Na koniec życzyła nam Pani powodzenia. Nie odpowiedziałam, gdyż życzenia nie były szczere. Ja natomiast jak najbardziej szczerze życzę Pani, by praca nie była dla niej dopustem bożym, lecz by sprawiała radość i przynosiła satysfakcję oraz jak najwięcej ZADOWOLONYCH klientek.


Z poważaniem
tu moje nazwisko

PS.
1.Pan, z którym byłyśmy nie ma salonu ślubnego, a jego żona nic nie wie, jakoby posiadał narzeczoną.

2.Ten meil jest pierwszym przyjemnym i pierwszym nieprzyjemnym meilem, jaki do pani wysyłamy.

3.Żądanie, aby tkaninę na sukienkę wybrać na końcu (końcu czego?) uważam za kuriozalne.

 Taki sobie liścik naskrobałam. I wysłałam. Nie na darrmo jestem Skorpionem.

Gwoli wyjaśnienia - zarzuciła nam, że dostała nieprzyjemnego meila od pana z brodą, który z nami był, a który okazał się być właścielem salonu. Pan był z narzeczoną.

 W rzeczy samej, byłyśmy z panem z brodą oraz z jego bratanicą, przyszłą druhną.

Ciekawa sprawa, że to akurat pamiętała, podczas gdy chwilę wcześniej twierdziła, że ma tabuny klientek i nie jest w stanie ich zapamietać.

Wylałam żółć. Ulżyło mi.

niedziela, 11 maja 2008

  Wczorajszy dzień sponsorowała ulica Długa i św.Filipa (boczna z Długiej), na których to w Krakowie występuje największe zagęszczenie salonów mody śłubnej na m2. Tak, tak, bo czas już najwyższy, żeby Starsza wybrała konkretny model, który następnie uszyje jej salon na obrzeżach miasta, gdzie sukienki są równie piękne i eleganckie, ale za to komplet sukienka+halki+bolerko+welon jest w cenie 1/3 sukienki z Długiej i Filipa.

 Mąż zawiózł nas rano i zostawił, sam udając się do innych zajęć (pójście z psem do weta, odkurzanie, gry na kompie). A my ruszyłyśmy na podbój. Prawdę mówiąc, w trzecim salonie miałam ochotę uciekać z głośnym krzykiem, ale cóż twardym trzeba być, robiłam dobrą minę do złej gry i zachęcałam Starszą do dalszego mierzenia kolejnych sukien. Moim osobistym faworytem jest pierwsza sukienka z pierwszego salonu, ale brnęłam dalej, żeby nie miała poczucia, że nie miała wyboru i że ją zbywam. Więc mimo, że sukienka miała być oczywiście tylko i wyłącznie biała, mierzyła też inne kolory i okazało się, że najlepiej jej w kremowym; i mimo, że absolutnie nie miała być beza, zmierzyła też sukienkę z szeroką spódnicą i o dziwo, wygladała całkiej dobrze.

 Więc w ostatnim salonie byłyśmy tuż przed zamknięciem. Nawiasem mówiąc, na sukienkę-faworytkę w katalogu nie zwróciłam zupełnie uwagi. Na manekinie wyglądała efektownie, a najlepiej oczywiście na Starszej ;-)

 I taki dziwny nastrój mnie ogarnął i nie wypuszczał ze szponów. Że polega na moim zdaniu. Że podoba nam się prawie zawsze to samo, że pierwsze kroki w każdym salonie kierowałyśmy w stronę tego samego modelu. Że dlaczego moja matka nie była taka zaangażowana. A nie, ona była zaangażowana. W negatywnym sensie. Że wszystko nie tak. Nie ten facet, nie ta sukienka i w ogóle to po co ten ślub. Teraz też parę razy pytała, czy musimy robić wesele. No, w zasadzie to nic nie musimy. W zasadzie możemy położyć się do trumny i czekać na śmierć.

 Ale o nie tym chciałam. Więc wracałyśmy przez Stary Kleparz, na którym królowały konwalie i bez i dalej przez Planty. I kupiłyśmy sobie obwarzanki. Z sezamem i ziarnami lnu. Profanacja. Prawdziwe precle to tylko z solą i z makiem.

 I tak. Cieszę się jej szczęściem. Że wychodzi za mąż nie dlatego, bo zrobili sobie dzidziusia, nie dlatego, bo już czas, bo wypada, ale dlatego, że on ją kocha i ona jego też, co widać, słychać i czuć. I cieszę się, że będą razem i będą żyli długo i szczęśliwie. I wiem, że dzieci nie wychowuje się dla siebie, tylko dla świata. I że trzeba pozwolić dziecku wyjść z domu, a nawet lekko je popchnąć. I wiem, że moja relacja z nią wejdzie teraz na inny poziom. Wiem, ale...

 Ale jednak towarzyszy mi smutek. Bo to było ostatnie takie Boże Narodzenie, kiedy ONA odplątywała  z mężem lampki i ubierała choinkę i kłóciła się z Młodszym, kto więcej nitek zawiązał na cukierkach-soplach. I że jego supełki są niezdarne i węzełkowate. I to była ostatnia Wielkanoc, kiedy ONA poszła z nami ze święconką i kiedy po śniadaniu w pierwszy dzień świąt było obowiązkowe jedzenie cukrowego baranka.

środa, 07 maja 2008

  Dziś będzie się tu uprawiać prywatę.

Mam nieśmiałą prośbę do krzyżykujacych blogiń.

Jak wiecie, a może nie wiecie, to się dowiecie, moja córka w sierpniu wychodzi za mąż. Chciałabym, żeby dostała jakąś niesztampową pamiątkę. Wymyśliłam sobie, że mógłyby to być wyhaftowany obrazek, który mogłabym ładnie oprawić. Pamiątka nabrałaby osobistego charakteru.

 Ale ja niestety nie umiem haftować. Gdyby więc któraś z blogiń mogła mi sprezentować mały, maleńki, mikroskopijny obrazek z okołośłubną tematyką, byłabym naprawdę wdzięczna.

piątek, 08 lutego 2008

 Prawdę mówiąc, byłam już na nią zła. Że tak przebiera, marudzi i wybrzydza. A to wokalistka ma za wysoki głos, a to fałszują, a to wyją, a to angielski be ...

 Tak, chodzi o wybór zespołu, czyli tak zwaną "orkiestrę" ;o) na wesele.

 Wszyscy krewni-i-znajomi, którzy znali kogoś z tej branży zostali zaangażowani w szukanie, obdzwoliśmy ogłoszenia z prasy, w końcu młodzież zaczęła szukać w internecie.

 Ale muszę przyznać, że kiedy w końcu się zdecydowali (wraz z Prawie-Zięciem), wybrali doskonały team. W środę po pracy byliśmy posłuchać ich jeszcze na żywo i podpisać umowę. Zespół z Suchej Beskidzkiej, więc mieliśmy wycieczkę krajoznawczą. Uczestnicy wyprawy: narzeczeni, rodzice narzeczonej, mama narzeczonego.

 Szef zespołu może dobry muzycznie, natomiast jeżeli chodzi o prowadzenie negocjacji - fatalny. Sprawę ratował chłopak z zespołu, bez niego byłoby ciężko. Koniec końców dogadalismy wszystko, podpisaliśmy - o przepraszam, Prawie-Zięć podpisał umowę, zapłaciliśmy zaliczkę. Uff, następny punkt odfajkowany.

 Muszę powiedzieć, że Starsza mnie zadziwia. Mówiąc kolokwialnie, jest "dożarta". A bardziej literacko, nie daje się zbyć byle czym, jest konsekwentna w egzekwowaniu swoich spraw.

-W mejlu pan napisał, że ...

-Ale ble ble ble ...

-Tak, ale pan napisał ...

-Ale ble ble ble ...

-Tak, ale oferta była inna.

Skąd jej się to wzięło? Raczej nie po mnie, bo ja od dopiero od jakiegoś czasu tupię nogą i stawiam na swoim.

sobota, 12 stycznia 2008

  No więc krawcowa okazała się być znajomą nie babci (jak zeznawała Starsza) Prawie-Zięcia, ale jego wujka i nie krawcową, ale właścicielką regularnego salonu mody ślubnej. Choć nie w centrum miasta, ale na obrzeżach, co znacząco wpływa na ceny ;-)

 Starsza wybrała sobie model i jechałyśmy z zamiarem uszycia właśnie takiej sukienki. W salonie - oczopląs. Bądź ile manekinów, na manekinach kreacje w kolorze białym, kości słoniowej, ecru, starego złota tudzież innych. Oraz różne fasony.

  Oprócz mnóstwa modeli, sporo klientów. Tłok jak na Krupówkach w środku sezonu. Osoby najbardziej zainteresowane, czyli przyszłe panny młode oraz osoby towarzyszące, w tym: koleżanki, kuzynki, matki, ciotki, oboje rodziców oraz narzeczeni (narzeczeni?! przecież nie powinni widzieć panny młodej w sukni przed ślubem!). My byliśmy w składzie: Starsza, wujek Prawie_Zięcia, siostra Prawie_Zięcia oraz ja. Niezły tłumek ;-). Plus właścicielka, która dyrygowała ruchem (ta dziewczyna mierzy tę sukienkę, ta tamtą, a to już wynieś, dla ciebie to nie ten model, jesteś za niska, odkładajcie na miejsce!) oraz dwie pracownice, miotające się między tiulami, koronkami i halkami na kołach.

 Po nerwowym przymierzeniu paru sukienek oraz krytycznym zaopiniowaniu przez właścicielkę modelu wybranego przez Starszą, odłożyłyśmy to na później. W miarę mierzenia Starsza miała coraz większą panikę i popłoch w oczach. I widziałam, że chce stamtąd uciec. I nic jej się nie podoba. A raczej, że uważa, że ona we wszystkim źle wygląda.

Miejsce ma zaklepane, zaliczka zapłacona. Musi się zdecydować na konkretny model do 01.06. Pojedziemy jeszcze raz, ale w powszedni dzień przed południem.

 
1 , 2