Archiwum
Zakładki:
;-)
Czytelnia
Ech, te kobiety
Fotograficzne
I faceci
Kuchnia
Salon z politykami
Składzik z szablonami
Teraz Kraków
W świecie szerokim
Wiedza wszelaka
> Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl
Jeśli czegoś chcesz, znajdziesz sposób. Jeśli nie chcesz, znajdziesz powód.

Kobiet przypadki różne

piątek, 17 maja 2013

 Widuję je codziennie. Może dlatego nie zauważyłam, kiedy to się stało. Dwie kobiety w zbliżonym wieku, o podobnej sytuacji rodzinnej i zawodowej - obie zamężne, z jednym, dorosłym już dzieckiem, właścicielki niewielkich firm. Zdałam sobie sprawę, że jedna z nich zrezygnowała z siebie, ze swojej kobiecości. Żadnej spódnicy, nawet od święta. Ok, w spodniach też można wyglądać kobieco. Ale ona nie wygląda. Żadnego, delikatnego makijażu, żadnej biżuterii. Włosy zadbane o tyle, że codziennie umyte. Smutno mi się zrobiło, bo pamiętam ją z wcześniejszego okresu, kiedy lubiła kręcić włosy, bawić się ciuchami, chodziła w butach na lekkim, ale jednak - obcasie. Teraz jest tylko szefową firmy, matką, żoną, kobietą. W takiej kolejności.

środa, 17 kwietnia 2013

 On ją zdradza od mniej więcej roku.

 Ona o tym wie.

 On wie o tym, że ona wie.

 Dawała mu to zrozumienia parę razy.

 Dała mu parę razy szansę, żeby jej powiedział.

 Nie skorzystał.

 Jakie to żałosne.

wtorek, 11 października 2011

 

 Dawno, dawno temu..., choć właściwie nie - wcale nie tak dawno i wcale nie za górami i nie za lasami, ale prawie tu i teraz zdarzyła się ta bajka-niebajka. Bajka, bo z happy endem; niebajka, bo to zdarzyło się naprawdę.

 Historia zaczyna się prawie osiemdziesiąt lat temu, kiedy urodziła się w chłopskiej rodzinie bohaterka opowieści, nazwijmy roboczo Marysią. Kiedy Marysia miała pięć lat, zmarła jej matka. Starsze rodzeństwo Marysi, które mogło już pracować w polu, zostało w domu. Marysię, najmłodszą, ojciec oddał na służbę do sąsiedniej wsi. Dziewczynka za kąt do spania i jedzenie miała pasać gęsi. Nie pomogły płacze i prośby, Marysia trafia na służbę. Nie radziła sobie z powierzonym stadkiem, gęsi jej uciekały, wchodziły w szkodę, ginęły... Marysia za karę była bita, nie dostawała jedzenia... Trwało to blisko rok, do czasu, kiedy ojciec ożenił się ponownie. Druga żona ojca - macocha - kazała zabrać Marysię z powrotem do domu. Z drugiego małżeństwa ojca urodziło się jeszcze dwoje dzieci. Wszystkie dzieci macocha traktowała równo, wszystkie ją kochały.

 Historię tę usłyszałam od pani Marii - blisko osiemdzisięcioletniej kobiety, która opowiadając ją, miała łzy w oczach. Ja też.

 

ps.

Czas jest pojęciem względnym. Myślałam, że takie historie owszem, zdarzały się, ale gdzieś tam, kiedyś tam... Powiedzmy w czasach Sienkiewicza, Prusa i Orzeszkowej, czy też - najbardziej oczywiste skojarzenie - Marii Konopnickiej (http://pl.wikipedia.org/wiki/O_krasnoludkach_i_sierotce_Marysi). Ale osiemdziesiąt lat? toż to prawie wczoraj. No dobrze, przedwczoraj.

 

wtorek, 14 lipca 2009
  Ma trzydzieści parę lat, dwoje dzieci i nieudane małżeństwo. Małżeństwo, w którym tylko ona daje i wciąż okazuje się, że daje i robi za mało.
 Widzi tę dysproporcję, próbuje to zmienić, ale jest za słaba, żeby to zrobić i za słaba, żeby odejść. Wie, że byłaby zupełnie sama, na wsparcie rodziny nie może liczyć.
 I jednocześnie wciąż kocha męża. Słychać to w jej tonie głosu, gdy z nim rozmawia, w sposobie, w jaki mówi o nim.
 A może już nie kocha?
-Zastanawiam się, czy jeszcze mogłabym urodzić dziecko, gdybym kogoś spotkała - powiedziała niedawno w luźnej rozmowie na temat głośnych rozwodów.
 Lubię ją, ale wkurza mnie to, że szansę na odejście od jednego faceta upatruje tylko w związaniu się z innym.
piątek, 26 września 2008

 


Zanim powiesz jej że
to był ostatni raz
Zanim dzień spłoszy
srebrnego ptaka nocy
Rozkołysz rozkołysz rozkołysz...
Jeszcze raz...

Zanim ukradniesz jej
ostatni kolor ze snów
Zanim gdy na chwile zamkniesz oczy zniknie
Zabierz jej zabierz jej zabierz jej..
Z ręki nóż...

Ona ma siłę
Nie wiesz jak wielką
Będzie spadać długo
potem wstanie lekko

Zanim zrozumiesz jak
bardzo kochałeś ją

zanim pobiegnisz kupić czerwone wino
ona zapomni zapomni już
ślad Twych rąk

Zanim będziesz próbował
odkupić ją za słowa
zobaczysz jak na drugim brzegu rzeki
ona spokojnie spokojnie spokojnie...
stoi z nim...

Ona ma siłę
nie wiesz jak wielką
umierała długo
teraz rodzi się lekko...

Nie dla Ciebie...

Anita Lipnicka

  W cyklu "66 niezapomnianych piosenek" nadawanym w TVN Style pojawiła się także i ta. Jedna z osób poproszonych o komentarz powiedziała, że ten tekst bardzo podobał się kobietom. Podobał, się, podobał, także i mnie. Bo choć tekst mówi o nieszczęśliwej miłości, można odnieść go szerzej, również na inne sfery życia.

  Fraza "ona ma siłę, nie wiesz jak wielką" oddaje sytuację wielu kobiet. Z tym, że można ją nieco zmodyfikować "ona ma siłę, nie wie jak wielką".

  Nie wie, nie docenia jej. Odnajduje ją w sobie, gdy jest jej potrzebna. Odkrywa ją, ale nie dowierza jej, nie dowierza sobie. Dziwi ją, że tyle dokonała sama.

  Dlaczego? Bo tak mamy wdrukowane w podświadomość przez wychowanie, że mamy być uległe, posłuszne i nie rwać się do poważnych spraw, a broń Boże do podejmowania decyzji. Bo od decyzji jest facet. I tylko z nim u boku kobieta jest społecznie akceptowana. Te, które są same, są podejrzane. I nikt im nie wierzy, że nie pragną męskiego towarzystwa, nie chcą być "zaopiekowane".

  Bo to "zaopiekowanie" sprowadza się często do sytuacji - ty kobieto pracuj zawodowo, zajmuj się domem i dziećmi, a ja po prostu będę. I już i cała jego zasługa - jest.

  Opieka - skąd to przekonanie, że kobieta nie potrafi zadbać o siebie sama, że potrzebuje opieki? Tak długo to było wmawiane, że same w to uwierzyły, że bez faceta to już tylko głód, nędza, kaplica i mogiła. No, dobrze, kiedyś, kiedy kobiety były całkowicie finansowo zależne od mężów, często tak właśnie było. Ale te czasy, miejmy nadzieję, bezpowrotnie minęły. Teraz kobiety mają możliwości zdobycia zawodu i niezależności finansowej. Od nich zależy, czy z tego skorzystają. Od nich i od ich rodziców, szczególnie od matek. To one powinny włożyć im w rekę narzędzia, zadbać o to, by dostały wędkę.

  Matka mojej koleżanki, kobieta już prawie siedemdziesięcioletnia, ma do dziś żal do rodziców, którzy już oczywiscie dawno nie żyją. Nie może im wybaczyć, że kształcili - z dużym zresztą mozołem, bo chłopię się do nauki nie garnęło - tylko jej brata, choć to ona była zdolniejsza i co ważniejsze - chciała się uczyć. Niestety, jej edukacja zakończyła się na zawodówce, bo przecież -tłumaczyli jej rodzice - wyjdziesz za mąż i mąż będzie cię utrzymywał.

 Tak, wyszła za mąż. Utrzymywała siebie, męża i dzieci. I prowadziła oczywiście dom. Kobieta przecież potrafi. I nie odeszła od niego, nie rozwiodła się, bo przecież "bez niego by sobie nie poradziła".

 

 

poniedziałek, 08 września 2008

  Wiedziałam, że tak będzie.

 Wiedziałam już w momencie, kiedy do mnie podeszła, że poprosi o pieniądze i że już ich nie odzyskam.

 Znałyśmy się jako nastolatki, nie byłyśmy bliskimi koleżankami, ale obracałyśmy się w tym samym kręgu. Potem zniknęła mi z oczu, ja wyszłam za mąż, ona wyszła za mąż, przeprowadziła się.

 Jakiś czas temu zaczęłam ją widywać w moich okolicach. Zaczepiłam ją, gadka-szmatka co słychać, jak dzieci itp. Widywałam ją, jak ukradkiem kupuje alkohol, jak idzie ulicą nie całkiem trzeźwa.

 Wtedy spotkałyśmy się w sobotę rano w osiedlowym sklepie. Zapłaciła, wyszła, wróciła z pytaniem, czy może na mnie poczekać.

 Poprosiła o pieniądze, obiecywała, że odda. Nie liczyłam na to, pożyczyłam. Musiała być bardzo zdesperowana, decydując się na taki krok. Nie wiem, na co je wydała, mam nadzieję, że nie na alkohol. Próbowałam z nią porozmawiać, nie chciała, trudno. Może innym razem.

 O ile będzie następny raz. Bo może nie będzie miała z czego oddać i będzie mnie unikać.

 Tak jak kobieta, która zapukała do mnie kiedyś, parę lat temu. Nie skojarzyłam jej od razu. Wiedziałam, że skądś ją znam, ale nie mogłam sobie przypomnieć skąd. Okazało się, że jest woźną w przedszkolu, do którego chodziły moje dzieci. W zaawansowanej ciąży, nieomal wskazując na brzuch poprosiła o pożyczkę na lekarstwa. Sama wtedy byłam w mocno nieciekawej sytuacji finansowej, ale pożyczyłam jej, mimo wszystko. A może właśnie dlatego.

 Oddała za pośrednictwem dziecka połowę. A potem mnie unikała, choć nasze starsze dzieci chodziły do jednej klasy. Nie naprzykrzałam się. Gdyby miała pieniądze, to by do mnie trafiła, nie?

 Daję pieniądze ludziom na ulicy, choć nie wszystkim.

 Niektórzy uważają to za głupotę, inni za naiwność. Może i tak. Może i jestem głupia i naiwna. Ale wolę to - bo ostatecznie ja bez tych dwóch czy pięciu złotych danych na ulicy przeżyję - niż świadomość, że przeszłam obojętnie obok kogoś, kto naprawdę jest w dramatycznej sytuacji (nie wnikam w to, z jakiego powodu), obok kogoś, kto naprawdę jest GŁODNY.

czwartek, 17 kwietnia 2008

   Wyglada na to, że ten tydzień na moim blogu upłynie pod znakiem polemiki.Zaczął niechcacy zupełnie Polarny, chyba nie przewidział, że to umknie w tę stronę. Ja odniosłam się do jego słów na moim blogu, potem Daria napisała, co myśli na swoim. Pociągnę jeszcze łańcuszek, bo jeszcze coś nie daje mi spokoju.

  Daria, i słusznie przekonuje, że kobiety powinny w swoim dobrze pojętym interesie zadbać o antykoncepcję, nie ogladając się na facetów. Z tej prostej przyczyny, że niechciana ciąża najbardziej skomplikuje życie im, kobietom.

   Ma rację. Niechciana, niezaplanowana. Choć nie każde niezaplanowane dziecko staje się dla kobiety klęską życiową i nie każde jest niekochane. To na marginesie.

  Ale wyobraźmy sobie sytuację, że dziecko jest zaplanowane. Oboje rodziców w TYM MOMENCIE zupełnie szczerze wierzy, że to właśnie to i na zawsze i będzie sielanka, on oglolony, ona smukła i ciągle młoda będą szli trzymając się za ręce, a przed nimi dziewczynka w białej sukience i chłopczyk na rowerku; i będą dla siebie mili i codziennie będzie obiad na białym obrusie i cud i miód i orzeszki.

  Ale życie jest życiem i nie zawsze dostajemy to, czego chcemy. I gdy pojawiają się kłopoty i okazuje się, że na tę sielankę trzeba pracować - i nie mówię tu tylko o pieniądzach - to zwykle on daje nogę. Bo przecież łatwiej jest się gdzieś zerwać, niż zająć się dzieckiem, które domaga się uwagi, a on jest zmęczony po pracy. I nieważne, że ona też była w pracy, a potem na zakupach, a teraz gotuje obiad. Ważne, że ON jest zmęczony i dziecko go drażni. Albo on chciałby gdzieś wyjść, a ona mówi, że dziecko nie może zostać samo, więc on wychodzi sam. Jeden raz, drugi. I właściwie to mu tak pasuje i tak już zostaje. On fruwa po mieście, a ona siedzi w domu i narasta w niej wściekłość i frustracja. Bo przecież on planując wypad mógłby pomyśleć też o opiece nad dzieckiem, a nie pytać za każdym razem - a mamusia nie mogłaby przyjść? Może by i mogła, gdyby została poproszona odpowiednio wcześnie, bo - uwaga uwaga - babcie też mogą mieć swoje życie i swoje plany.

  A może po jakimś czasie ona dojdzie do wniosku, że z tym facetem to jej jednak nie po drodze, że ich oczekiwania się rozmijają. Że on tylko o chlebie, a ona chciałaby czasem o niebie.

 Czy winę za to, że zostaje sama z dziećmi, bo nie pomyślała, że tak się może to skończyć, ponosi tylko kobieta?

 Nie da się ukryć, że żyjemy w patriachalnym społeczeństwie. Co więcej, część kobiet broni zajadle tego stanu rzeczy (vide p. Sobecka. Tak, wiem, że to ekstremum).

  Zdarzył się gwałt? - jej wina. Na pewno go sprowokowała. Miała za krótką spódnicę, za duży dekolt. Że była w spodniach? były za obcisłe. Flirtowała z nim. Spojrzała na niego. A przecież wiadomo, że to oznacza zaproszenie. Że krzyczała, że nie chce? Wiadomo, jakie są kobiety, co innego myślą, co innego mówią. 

 Małżeństwo się rozpadło? Widocznie była złą żoną. Nie gotowała, nie prała, nie obsługiwała na każdym kroku. Czegoś od niego wymagała, żądała, zamiast zadowolić się tym, że on po prostu jest. Zdradzał ją? Nie umiała go utrzymać w domu.

 No to teraz ma za swoje. Niech się buja sama. Niech się cieszy, jeżeli on płaci alimenty. I niech się, do cholery nie skarży, bo przecież sama tego chciała.

***

Śpieszę donieść, że temat ma kolejną odnogę. Zajęła się nim Odwodnik .

sobota, 12 kwietnia 2008

 Do popełnienia wpisu skłoniła mnie notka u Polarnego . Nie czytałam wszystkich komentarzy, więc może moje poglądy będą zbieżne z tym, co już tam napisano.

 Nie pochwalam przyprowadzania dzieci do pracy. Sądzę, że owa pani nie robi tego dla przyjemności, ale z musu. Widocznie nie ma wyboru. Nie wnikam tu w jej sytuację rodzinną , czy owo dziecko ma ojca, babcie, ciotki i szwagierki, które ochoczo, bo jakżeby inaczej, się nim zaopiekują; nie to jest clou problemu. Uogólnijmy ten przypadek. Nie, nie oburza mnie wkurw na dziecko w pracy. To nie jest miejsce dla dziecka. Oburza mnie apel skierowany TYLKO do kobiet. Cytuję dla tych, którym nie chce się czytać całej wzmiankowanej notki :

"Kobiety* zaczym podejmiecie życiową decyzję o produkcji dziecka, które OCZYWIŚCIE wszyscy będziemy kochać, zastanówcie się czy będziecie miały co z nim zrobić!!!"

* (podkreślenie moje)

Tak, tak. Bo w naszym społeczeństwie stereotyp jest taki, że za dziecko odpowiedzialna jest tylko matka. Bo jeżeli nawet dziecko ma ojca, a sytuacja jest z gatunku podbramowych i beznadziejnych, to nie mąż weźmie dzień urlopu czy dziecko do pracy. Niech się matka martwi, co zrobić.

  Rozpatrzmy taką hipotetyczną sytuację: mamy samotnego ojca. Kobieta, matka dziecka umarła, poszła sobie z innym, wybrała karierę a nie rodzinę, czy choćby pojechała zarabiać za granicę; co kto woli.

 Taki mężczyzna w oczach społeczeństwa to bohater. On nigdy nie będzie musiał zabierać dziecka do pracy. Znajdą się : a to koleżanka, a to życzliwa sąsiadka, a to siostra kolegi znajomego, które zaoferują swoją pomoc. Bo on taki biedny. I dzielny.

 A tymczasem, co usłyszy samotna (lub nie) kobieta? Chciałaś dziecka, to sobie teraz radź!

 Tak, wiem, że uogólniam.

środa, 27 lutego 2008

 Starsza ode mnie, dwoje dzieci. Nie za gruba, nie za szczupła, nie za biedna, nie za bogata. Ot, taka sobie, średnia.

 Widywałam ją często. Przychodziła do rodziców. Potem, kiedy jej matka była w terminalnym stadium choroby, widywałam ją codziennie. A nawet dwa razy dziennie. Przychodziła przed pracą i po pracy.

 Po śmierci matki przychodziła do ojca. Parę razy widziałam ją rano, jak wychodziła, wyraźnie skacowana.

 Jej rodziców nigdy nikt nie widział pijanych. Ale podobno pili w domu sami. Wiem, że to tylko plotka, ale parę razy zdażyło mi się spotkać jej ojca w sklepie kupującego alkohol. Był wyraźnie speszony, że go "nakryłam"

 Kiedy zobaczyłam ją wczoraj, zastanawiałam się, czy to ona. Schudnięta, zszarzała, zmarniała, jakaś taka poskręcana, uciekała wzrokiem.

Nie wiem - chora czy przepita?

 

 

poniedziałek, 22 października 2007

 B. jest jedynaczką.

- Zawsze myślalam - opowiada mi - jak to fajnie jest mieć rodzeństwo.

 B. ma dwie córki.

- Nie miałam pojęcia, że rodzeństwo może tak się kłócić - mówi B.

 Cóż, rodzeństwo, jak rodzeństwo - myślałam  sobie. Wiadomo, że się kłócą, czasem nawet biją, ale niech no tylko ktoś z zewnątrz spróbuje zrobić krzywdę któremuś z nich - stają za sobą murem i gotowi/gotowe walczyć, a nawet oczy wydrapać przeciwnikowi.

 - One się nienawidzą - mówi B.

 Myślałam - przesadzasz dziewczyno. Aż do wtorku. Spotkałam ją, gadka- szmatka, starsza wyszła za mąż w ubiegłym roku, młodsza zamierza w tym. Na przyjęcie weselne starszej, które było skromne z racji nikłego budżetu, zainteresowana, czyli panna młoda zaprosiła trzy osoby. Matkę, babcię i dziadka. Szczęka opadła mi na chodnik.

- Młodsza zaprosi siostrę. Ale ona raczej nie przyjdzie.

Nie mogę przestać o tym myśleć.

 

 
1 , 2