Archiwum
Zakładki:
;-)
Czytelnia
Ech, te kobiety
Fotograficzne
I faceci
Kuchnia
Salon z politykami
Składzik z szablonami
Teraz Kraków
W świecie szerokim
Wiedza wszelaka
> Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl
Jeśli czegoś chcesz, znajdziesz sposób. Jeśli nie chcesz, znajdziesz powód.
sobota, 30 września 2006

 Dałam sobie dzisiaj do wiwatu, jak mawiała moja Teściowa.

 A właściwie moja miłość do starych, lnianych i haftowanych obrusów. Są po prostu piękne, ale tylko wtedy, gdy są dobrze wyprasowane. Dlatego prasować ich nie lubię. Odkładam to najdłużej jak mogę. Aż przyszła pora powiedzieć sobie: tak dalej być nie może. Tydzień temu, gdy przyjechała siostra, wyciągnęłam ostatni taki z szuflady. Nie ma rady, trza prać i prasować. Wyprane, wyprasowane, schowane. Mogą spokojnie czekać na jakąś rodzinną uroczystość czy święta.

 Te stare obrusy, od mamy, od teściowej, od chrzestnej męża , mają w sobie "coś". Mają duszę, mają cząstkę tych, których już nie ma i cząstkę ich radości, gdy mnie/nas nimi obdarowywano. Hafowane przez teściową i przez chrzestną, która była w tym mistrzynią (ornat haftowany przez nią wisi w muzeum diecezjalnym w Tarnowie).

 Gdzie tam współczesnym obrusom do nich!

 Niedawno mama chciała mnie obdarzyć takim cudem - plamoodporny, nie trzeba prasować. Podziękowałam, ale w myślach wzruszyłam ramionami - no i co z tego, że modny. Ja tam wole moje. Niemodne. I strasznie ciężkie do prasowania.

17:49, nie_taka_zla , wszystkie
Link Komentarze (1) »
czwartek, 28 września 2006

-Nie_taka_zla nie przychodź jutro do pracy.

 Taki dostałam wczoraj wieczorem sms od szefowej. Spokojnie, nie wylała mnie ;-) Chwilowo (mam nadzieję) w pracy zastój. W tej branży tak jest - albo zastój albo wszystcy chcą wszystko naraz. Choćby już to i tak za późno. I pracuje się wtedy tak, że zapalenia skrpetek można dostać.

 OK, nie przychodź, to nie przychodź.

 Się wstało rano na chwilkę, żeby Młodszemu zrobić kanapkę do szkoły, się położyło jeszcze chwilkę pospać, się troszkę poczytało, troszkę poblogowało ... A teraz do roboty, poodrabiać różne domowe zaległości, żeby można było z czystym sumieniem usiąść w cudnym jesiennym słonku na balkonie z książką. Choćby tylko na chwilę.

---------------------

 Kiedy wreszcie mogłam na tym balkonie usiąść, słońce zaszło i zaczął padać deszcz :-(

 Czyżby jakiś spisek?! ;-)

12:42, nie_taka_zla , wszystkie
Link Komentarze (4) »

Naprawdę nie dzieje się nic

Czy zdanie okrągłe wypowiesz,
czy księgę mądrą napiszesz,
będziesz zawsze mieć w głowie
tę samą pustkę i ciszę.
Słowo to zimny powiew
nagłego wiatru w przestworze;
może orzeźwi cię, ale
donikąd dojść nie pomoże.
Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum,
wódka w parku wypita albo zachód słońca,
lecz pamiętaj: naprawdę nie dzieje się nic
i nie stanie się nic - aż do końca.
Czy zdanie okrągłe wypowiesz,
czy księgę mądrą napiszesz,
będziesz zawsze mieć w głowie
tę samą pustkę i ciszę.
Zaufaj tylko warg splotom,
bełkotom niezrozumiałym,
gestom w próżni zawisłym,
niedoskonałym.
Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum,
wódka w parku wypita albo zachód słońca,
lecz pamiętaj: naprawdę nie dzieje się nic
i nie stanie się nic - aż do końca.

muzyka Grzegorz Turnau
słowa Michał Zabłocki

 Ten tekst kojarzy mi się, kiedy słucham wypowiedzi PiS-owców z premierem na czele o Begergate. Z tym, że oni mówią : naprawdę nie stało się nic
i nie stanie się nic - aż do końca.

I tu natrętnie powraca przed moje oczy scena z filmu "Psy". Pamiętacie? Jest rok 1989 (?), weryfikacja funcjonariuszy SB. Główny bohater filmu Franc Maurer , po pozytywnej weryfikacji składa przysięgę nowej Rzeczpospolitej.  "... będę jej wierny do końca". Mojego albo jej - kończy cynicznie, co skwitowane jej równie cynicznym uśmieszkiem członków komisji weryfikacyjnej.

środa, 27 września 2006

 Podziwiałam go.

 Przekroczył on i żona siedemdziesiąt lat. On nadal był czynny zawodowo, podążał za nowinkami technicznymi, prowadził samochód, jeździł na nartach.

 Ich pasją były podróże. Zwiedzili razem więcej niż pół świata. Nie potrzebowali wytwornych hoteli. Wystarczył kawałek podłogi i własna karimata.

 Teraz mieli jechać do Nowej Zelandii. Już jej nie zobaczą.

 W sobotę wybrali się na spacer do lasu. Potrącił go motocyklista.

[']

19:08, nie_taka_zla , wszystkie
Link Komentarze (4) »

 Sięgnęliśmy dna czy wciąż pogrążamy się w mule?

 Stracony rok. Stracone szanse, rozwiane nadzeje, psucie państwa, pogarda dla polityków, dewaluacja pojęć PRAWO i SPRAWIEDLIWOŚĆ - oto co udało się osiągnąć PiS.

 Najgorsze jest to, że nawet jeżeli będą wybory, to nie ma KOGO wybrać.

poniedziałek, 25 września 2006

 Starsza robi sobie kanapki do pracy. Patrzymy na to z mężem z rozbawieniem.

-A mówiłem mamie, żeby nie kupowała tego sera. Po co płacić za dziury? - mówi on.

 Bo Starsza pracowicie targa plasterki sera z dziurami, żeby je zakryć ;-)

21:21, nie_taka_zla , wszystkie
Link Komentarze (4) »
niedziela, 24 września 2006

-Masz szczęście, ze nie było cię w domu! - mówi Młodszy do siostry.

Gdyż siostra jego, a córka moja była wczoraj i dzisiaj w supermarkecie. Ale nie na zakupach, jeno w pracy, jako hostessa na promocji.

 A miała szczęście, bo w sobotę ogarnąło mnie coś, co Iksińska nazywa kurzym szałem, a moje dzieci sprzątoszałem.

 Zaczęło się już w piatek po pracy. Postanowiłam umyć okno. Kończyłam, kiedy zmierzchało, firankę zakładałam, kiedy było już całkiem ciemno. W sobotę szalałam po całym mieszkaniu.

 Oj, leciały by pióra, gdyby mi się Starsza nawinęła pod rękę. Odkurzają mieszkanie codziennie z Młodszym na zmianę. Zrobili sobie na tę okoliczność (i na okoliczność wyjśc z psem) grafik, który wisi w kuchni na lodówce, gdym się razu pewnego rozsierdziła ich ciągłymi kłótniami - a bo ja odkurzałem/am wczoraj, ale ja dwa dni z rzędu, bo mnie prosiłaś/eś itp.

 Grafik, owszem, wisi, odkurzają, owszem. Ale tylko rynek, ulice już nie. Nie nauczyłam ich sprzatać dokładnie, oj nie.

 

23:08, nie_taka_zla , wszystkie
Link Komentarze (1) »
piątek, 22 września 2006

 Polemika z blogo-kolegą Harrym , zainspirowana również przez p.Szymborską frazą z wiersza "Portet kobiety" -"nie wie do czego ta śrubka i zbuduje most".

  Otóż chciałabym powiedzieć, że zdolności techniczne nie są uwarunkowane płcią danego osobnika, a raczej jego predyspozycjami oraz wychowaniem. Sama osobiscie znam kobitki, które radzą sobie doskonale z wszystkimi urządzeniami i facetów, którym dziecko musi pokazać, jak się gwoździa wbija, bo na technice się nauczyło ;-)

 Mój Tata był facetem, który umiał wbić gwoździa i zmontować meble, naprawić lampkę i maszynę do szycia i żelazko. Zawsze, kiedy coś takiego robił, my - dzieci - mu asystowaliśmy. Tata nas wołał i tłumaczył co i dlaczego. Siłą rzeczy uczyliśmy się. Kiedy Tata sam robił szafki do łazienki też mu pomagałam. Gdybyśmy wtedy mieli samochód, pewnie nie miałby dla mnie tajemnic.

 A propos żelazka - parę lat po ślubie prosiłam mojego męża, żeby naprawił mi żelazko. Prosiłam raz. Prosiłam drugi raz. Trzeciego razu nie było. Sama sobie naprawiłam. Obraził się na mnie, że nie dałam mu sposobności, żeby się wykazał, jaki on mądry i dobry i w ogóle ach i och ... Zrobiłam to potem jeszcze parę razy i teraz już nie muszę czekać, gdy o coś proszę ;-)

 W zdumienie wprowadziła mnie kiedyś pewna koleżanka, której opowiadałam, że mąż naprawił jakiś sprzęt. Oczy zrobiły się jej jak spodeczki, po czym zapytała:

-Jak to naprawił? A miał takie narzędzia?

 Na co ja się zdziwiłam, kiedy usłyszałam, że jej mąż, nie ma żadnych narzędzi i żadnych zdolności technicznych. Ona do każdej najdrobniejszej sprawy musi wołać fachowca :-( Albo sąsiada ;-)

 W moim domu rodzinnym narzędzia zawsze były, jako i różne gwoździe, śrubki, nakrętki i podkładki, przechowywane w zakręcanych pudełkach po popularnej niegdyś paście do szorowania.  Pasta była szara i pudełka także.

 U Teściów różne szpejka były przechowywane w takich samych - ale nie w tych samych - pudełkach.

 Dom, w którym narzędzia są  jawił mi się więc jako zupełna oczywistość.

 Do czego może prowadzić brak podstawowych narzędzi w domu zobrazuję anegdotką. Jakiś czas temu wybraliśmy się z wizytą do znajomych. Młodszy poszedł do łazienki na górze. Niestety nikt go nie uprzedził, że zamek czasem się zacina i nie należy się zamykać. Zatrzasnął się, ale postanowił nie panikować, tylko czekać na ratunek. W jakiś czas potem korytarzem przechodził mąż. Młodszy (bez paniki, bez paniki, bez ...) dalejże do niego machać. Mąż mu odmachnął (macha, bo się wygłupia) i poszedł dalej ... Ratunku, pomocy, help, hilfe! - a jednak spanikował Młodszy. Zaalarmowany mąż rozgłada się - co by tu zrobić? Najlepiej byłoby odkręcić szyld z zamka. Znajomy zeznał, że jedyne narzędzie w tym domu to siekiera (?!). Siekiera i drzwi?! Nie, mąż nie zrobił tego, co się logicznie nasuwa po takim zestawieniu. Nie porąbał drzwi. Otworzył je. Podważył siekierą zapadkę. Gdyby mnie wezwali na pomoc, odkręciłabym zamek. Nożem.

 Młodszy opowiada, jak tata drzwi otwierał siekierą :D

17:53, nie_taka_zla , wszystkie
Link Komentarze (11) »
środa, 20 września 2006

-W szkole będzie casting do kółka teatralnego! Jutro! Nie zdążę się nic nauczyć! - gorączkuje się Młodszy.

-Powiedz coś, coś znasz - radzimy mu ze Starszą.

"Kaczka dziwaczka" - jego popisowy wierszyk, którego nauczył się w dzieciństwie - odpada, bo za ... dziecinny. "Na lipę" - odradzam mu, język zbyt archaiczny. W ubiegłym roku uczył się jeszcze "Żeby Polska" Pietrzaka.

-Świetnie - mówię. Język współczesny i jak najbardziej nadaje się na taką okazję.

 Ale Młodszy wybrzydza. Chce nauczyć się fragmentu "Romea i Julii". Odradzam mu.

 -A może "jakiej miłości brakło im", bo mi się skojarzyło z Polską? A może "który skrzywdziłeś? Mocny, można się wykazać. A może "nic dwa razy się nie zdarza"? - podpowiadam ja.

-Nie, lepiej "Portret kobiety" - "Musi być do wyboru ... Nie wie, po co ta śrubka i zbuduje most" - recytuje Starsza.

 A mnie to natychmiast kojarzy się z Maria pawlikowską-Jasnorzewską

La precieuse

Widzę Cię w futro wtuloną,
wahającą się nad małą kałużą,
z chińskim pieskiem pod pachą, z parasolem i z różą..
I jakżeż Ty zrobisz krok w nieskończoność?

Ale to nie wiersz dla niego...

A on wybrał Gałczyńskiego. "Satyrę na bożą krówkę". :D

Zrobił furorę. Pani na zebraniu mi powiedziała.

 

19:34, nie_taka_zla , wszystkie
Link Komentarze (3) »
wtorek, 19 września 2006

  Wstyd się przyznać, ale ostatnią książkę przeczytałam podczas urlopu. Po powrocie z rzeczonego wpadłam w taki kocioł, że o czytaniu nie było mowy. Poza prasą.

 Podczas urlopu przeczytałam książkę "Roman" - autobiografię Polańskiego. Chwilami mnie irytował, chwilami nużył, chwilami drażnił. Zwłaszcza jego upodobanie do młodych panienek. Opis jego życia w czasie wojny i tuż po niej - przygnębiający. Samotność była jego towrzyszką od dzieciństwa. Książka wydaje się być szczera. Czasem aż do bólu.

 Wczoraj wreszcie postanowiłam oddać ją koleżance. Ale nie wyszłam od niej z pusta ręką, o nie. Pożyczyła mi coś z tego samego kręgu, a nawet z tej samej rodziny - książkę Romy Ligockiej, kuzynki Polańskiego - "Dziewczynkę w czerwonym płaszczyku".

 Inna moja koleżanka na wieść o tym, że nie czytałam jeszcze (!!! ;-)) "Samotności w sieci" czym prędzej mi ją przyniosła.

Także wczoraj poszłam do biblioteki, by oddać przetrzymaną książkę (a fe, oj nieładnie). Miałam nic nie pożyczać, ale coś mnie podkusiło:

-Czy może mi coś pani polecić? Coś w miarę ambitnego, ale co się dobrze czyta.

 I widzą po chwili oczy moje, że pani niesie mi stosik. Romansideł i taniej sensacji. No, na aż takim głodzie słowa pisanego to ja nie jestem.

 Sama se poszukałam. "Śniadanie u Tiffaniego" i "Zaślubiny patyków".

 Ja chyba zgłupłam! Kiedy ja to wszystko przeczytam?!

Dobrze, że koleżanki nie żądają opłat za przetrzymanie książek! ;-)

20:01, nie_taka_zla , wszystkie
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2 , 3