Archiwum
Zakładki:
;-)
Czytelnia
Ech, te kobiety
Fotograficzne
I faceci
Kuchnia
Salon z politykami
Składzik z szablonami
Teraz Kraków
W świecie szerokim
Wiedza wszelaka
> Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl
Jeśli czegoś chcesz, znajdziesz sposób. Jeśli nie chcesz, znajdziesz powód.
wtorek, 29 kwietnia 2008

   ... a panika to moje drugie imię.

 Leukocyty w normie, w moczu jakieś bakterie, ale niewiele, gorączka spadła.

 Jeżeli nie będzie gorączkował, jutro pójdę do pracy. Fucha skończona, dziś pracuję znowu w domu.

 Wyjazd nieaktualny. A miało być tak pięknie ...

 Człowiek robi plany, bogowie się śmieją ...

10:56, nie_taka_zla
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 28 kwietnia 2008

  Jak w tytule. A tytuł z piosenki Krystyny Prońko.

 Przyszłam z pracy, patrzę Młody leży. Rozpalony. Od piątku skarżył się na ból brzucha. Szybko do lekarza. Gardło-antybiotyk+leukocyty i mocz jutro na cito. To, że sprawdzała, czy nie ma zapalenia opon mózgowych mnie nie zaniepokoiło. Zdenerwowałam się, jak zaczęła sprawdzać, czy nie ma wysypki itp. Nie wiem dlaczego skojarzyło mi się z sepsą. Mam chorą wyobraźnię, powinnam ją sobie amputować.

 Wytrąciło mnie to z równowagi. Jestem cała roztrzęsiona.

 

20:18, nie_taka_zla
Link Komentarze (4) »
niedziela, 27 kwietnia 2008

  czterolistna!

Myślę, że każdemu się przyda :D

14:47, nie_taka_zla
Link Komentarze (7) »
piątek, 25 kwietnia 2008

  Od wtorku żem jest powrócona na biura łono.

 Zderzenie z pracową rzeczywistością było bolesne, bo roboty oczywista jest dużo, a nawet jeszcze więcej. Szefowa w związku z tym zaproponwała mi dodatkową pracę za dodatkowe pieniądze, na co ochoczo przystałam.

 No i koło czternastej nadchodzi zwykle kryzys. Mam ochotę wtedy pieprznąć wszystkim, położyć się gdziekolwiek i chwileczkę zdrzemnąć. Ratuję się spacerkiem a to do sklepiku, a to do apteki, które się mieszczą w tym samym budynku, ale źle się to kończy, bo kupuję a to jakieś tam leki, które w pobliżu mojego miejsca zamieszkania kosztują mniej (a to nie jest najtańsza apteka), a to drożdżówkę (kalorie!!!), bo owoców zwykle brak.

 I tak to to tak. Mam nadzieję, że mi to minie, bo inaczej marny mój los.

 Dodatkowa praca musi być skończona na wtorek. Że co?... Że nie zdążę? Jak to nie zdążę? Jak to nie zdążę? Kto nie zdąży? Ja nie zdążę?!

 Jasne, że zdążę!

09:14, nie_taka_zla
Link Komentarze (2) »
czwartek, 24 kwietnia 2008

 Z natury swej jestem nieśmiała i małomówna. Dziś się to zmieniło (pracowało się nad sobą), ale w dzieciństwie i młodości to był problem.

 W związku z tym osoby, które mówią dużo, wzbudzały zawsze mój podziw. A w niektórych przypadkach przerażenie.

 Bo ja rozumiem, że można mówić dużo, ale z sensem i na temat. Natomiast tak zwane wodolejstwo, wałkowanie, rozdrabnianie albo paplanie o czymkolwiek, o każdym najmniej ważnym drobiazgu, mówienie wciąż o tym samym, ale innymi słowami, byle bez przerwy, wzbudza we mnie sprzeciw. Jak można tak rozrzutnie szafować słowami?

 Wszak wiadomo, że istnieje teoria, według której każdy człowiek ma w życiu do wypowiedzenia określoną ilość słow. A po ich wypowiedzeniu umiera. Trzeba więc słowa oszczędzać, żeby starczyły na dłużej ;-)

09:24, nie_taka_zla
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 21 kwietnia 2008

 Hura! nadszedł nowy tydzień, a z nim nowe wyzwania.

Tak, nie ma lekko, trzeba wrócić do pracy. Szkoda tylko, że czuję się tylko nieznacznie lepiej niż tydzień temu :-(

 Tak miałam napisać. Ale zadzwoniła szefowa i jeszcze nie idę do pracy. Praca przyjdzie do mnie. Internetem. Niech żyje postęp!

 W czwartek i piątek też nie próżnowałam zawodowo, machnęłam rysunki zadaszenia, dziś będzie następny obiekt.

08:33, nie_taka_zla
Link Komentarze (5) »
niedziela, 20 kwietnia 2008

  Czasem jestem na niego taka zła, że mam ochotę zrobić z niego kotlety siekane. A potem jeszcze po nim poskakać. I metodyczne, kawałek po kawałku wdeptać w ziemię.

 A czasem nie.

17:56, nie_taka_zla
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 kwietnia 2008

  Od dwóch tygodni usiłuję nie dopuścić do tego, żeby mama zapadła się w depresję tak głęboko, że pozostanie tylko leczenie szpitalne.

 Nie wiem, czy mi się uda.

19:49, nie_taka_zla
Link Komentarze (2) »
czwartek, 17 kwietnia 2008

   Wyglada na to, że ten tydzień na moim blogu upłynie pod znakiem polemiki.Zaczął niechcacy zupełnie Polarny, chyba nie przewidział, że to umknie w tę stronę. Ja odniosłam się do jego słów na moim blogu, potem Daria napisała, co myśli na swoim. Pociągnę jeszcze łańcuszek, bo jeszcze coś nie daje mi spokoju.

  Daria, i słusznie przekonuje, że kobiety powinny w swoim dobrze pojętym interesie zadbać o antykoncepcję, nie ogladając się na facetów. Z tej prostej przyczyny, że niechciana ciąża najbardziej skomplikuje życie im, kobietom.

   Ma rację. Niechciana, niezaplanowana. Choć nie każde niezaplanowane dziecko staje się dla kobiety klęską życiową i nie każde jest niekochane. To na marginesie.

  Ale wyobraźmy sobie sytuację, że dziecko jest zaplanowane. Oboje rodziców w TYM MOMENCIE zupełnie szczerze wierzy, że to właśnie to i na zawsze i będzie sielanka, on oglolony, ona smukła i ciągle młoda będą szli trzymając się za ręce, a przed nimi dziewczynka w białej sukience i chłopczyk na rowerku; i będą dla siebie mili i codziennie będzie obiad na białym obrusie i cud i miód i orzeszki.

  Ale życie jest życiem i nie zawsze dostajemy to, czego chcemy. I gdy pojawiają się kłopoty i okazuje się, że na tę sielankę trzeba pracować - i nie mówię tu tylko o pieniądzach - to zwykle on daje nogę. Bo przecież łatwiej jest się gdzieś zerwać, niż zająć się dzieckiem, które domaga się uwagi, a on jest zmęczony po pracy. I nieważne, że ona też była w pracy, a potem na zakupach, a teraz gotuje obiad. Ważne, że ON jest zmęczony i dziecko go drażni. Albo on chciałby gdzieś wyjść, a ona mówi, że dziecko nie może zostać samo, więc on wychodzi sam. Jeden raz, drugi. I właściwie to mu tak pasuje i tak już zostaje. On fruwa po mieście, a ona siedzi w domu i narasta w niej wściekłość i frustracja. Bo przecież on planując wypad mógłby pomyśleć też o opiece nad dzieckiem, a nie pytać za każdym razem - a mamusia nie mogłaby przyjść? Może by i mogła, gdyby została poproszona odpowiednio wcześnie, bo - uwaga uwaga - babcie też mogą mieć swoje życie i swoje plany.

  A może po jakimś czasie ona dojdzie do wniosku, że z tym facetem to jej jednak nie po drodze, że ich oczekiwania się rozmijają. Że on tylko o chlebie, a ona chciałaby czasem o niebie.

 Czy winę za to, że zostaje sama z dziećmi, bo nie pomyślała, że tak się może to skończyć, ponosi tylko kobieta?

 Nie da się ukryć, że żyjemy w patriachalnym społeczeństwie. Co więcej, część kobiet broni zajadle tego stanu rzeczy (vide p. Sobecka. Tak, wiem, że to ekstremum).

  Zdarzył się gwałt? - jej wina. Na pewno go sprowokowała. Miała za krótką spódnicę, za duży dekolt. Że była w spodniach? były za obcisłe. Flirtowała z nim. Spojrzała na niego. A przecież wiadomo, że to oznacza zaproszenie. Że krzyczała, że nie chce? Wiadomo, jakie są kobiety, co innego myślą, co innego mówią. 

 Małżeństwo się rozpadło? Widocznie była złą żoną. Nie gotowała, nie prała, nie obsługiwała na każdym kroku. Czegoś od niego wymagała, żądała, zamiast zadowolić się tym, że on po prostu jest. Zdradzał ją? Nie umiała go utrzymać w domu.

 No to teraz ma za swoje. Niech się buja sama. Niech się cieszy, jeżeli on płaci alimenty. I niech się, do cholery nie skarży, bo przecież sama tego chciała.

***

Śpieszę donieść, że temat ma kolejną odnogę. Zajęła się nim Odwodnik .

wtorek, 15 kwietnia 2008

   Kiedy w piątek wieczorem Starsza płakała i nie chciała powiedzieć, o co chodzi, nie naciskałam jej. Wiedziałam, że powie mi dopiero, kiedy wszystko trochę przetrawi w sobie. Naciskanie nic nie da, wręcz pogorszy, zatnie się na amen. Moja krew, niestety.

 Ostatnio ma dość nerwowy okres - kłopoty w pracy (chce złożyć wypowiedzenie, szuka nowej), dwa kolokwia w weekend. No i nieustająco przygotowania ślubne.

 Wydedukowałam, że pokłóciła się z M., czyli moim Prawie-Zięciem.

 Wczoraj wieczorem przyszła do nas znowu zapłakana, oznajmiając, że musi nam coś powiedzieć. I że to będzie ważne i bardzo poważne. Spodziewałam się dramatycznego oświadczenia typu zerwałam z M./rzucił mnie. Ślubu nie będzie zabrzmiały mi w głowie słowa z piosenki  Maleńczuka .

 Ale oświadczenie było mniej dramatyczne, choć nie umiejszam jego znaczenia. M. oblał egzamin poprawkowy i jeszcze jeden, który odłożył na najdalszy możliwy termin. Skutek - zawalony rok.

 Czy to coś zmienia między wami? zapytałam. Zobaczyłam błysk zdziwienia. Nie. Więc trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, co jest twoim proirytetem - ciągnęłam dalej w tym stylu. Mąż jeszcze spytał, czy to zamyka mu drogę do studiowania. Nie. Więc zacznie jeszcze raz.

 Chyba ją to trochę uspokoiło. Nie wiem, czego się spodziewała - potępienia, ataku? Kiedyś mąż powiedział, że małżeństwo nie może stanąć na przeszkodzie ich studiom. Ale chyba nie tym się tak przejęła?

 Starszej nie podoba się to, że kiedy ona będzie broniła pracy magisterskiej, on będzie dopiero na etapie licencjatu. Hmm, trudno.

 A może on nie jest stworzony do tego, żeby być magistrem. W końcu nie wszyscy muszą mieć wyższe wykształcenie. Nie ma takiej opcji - to jej odpowiedź. To będziesz go musiała pilnować z nauką - odpowiedź męża.

 Taaa..., ale jak to zrobi? Łopatą mu do głowy wiedzy nie nałoży. Ona jest uparta, jeżeli coś sobie postanowi, dopnie tego. Ale tu nie wszystko zależy od niej. On po prostu nie jest jaki zdolny i zdeterminowany jak ona. Ale tego jej oczywiście nie powiedziałam.

 Pytanie brzmi czy on tych studiów naprawdę chce? Bo jeżeli nie, jeżeli robi to tylko z powodu jej presji, to ciężko będzie je skończyć.

13:41, nie_taka_zla
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2