Archiwum
Zakładki:
;-)
Czytelnia
Ech, te kobiety
Fotograficzne
I faceci
Kuchnia
Salon z politykami
Składzik z szablonami
Teraz Kraków
W świecie szerokim
Wiedza wszelaka
> Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl
Jeśli czegoś chcesz, znajdziesz sposób. Jeśli nie chcesz, znajdziesz powód.
środa, 28 marca 2012

no proszzzz... już myślałam, że odwlekę jeszcze wypełnianie PITU PITU, bo mój pit gdzieś się był zawieruszył i zainstniało podejrzenie, że tylko mówiłam, że go mam, ale jednakowoż nie przyniosłam go jeszcze z pracy, ale mężu wykazał się dociekliwością i odnalazł go w swoich papierach. swoją drogą - co on tam robił?! 

bleee... nienawidzę tego robić :-(

19:04, nie_taka_zla
Link Komentarze (5) »
wtorek, 27 marca 2012

mam dwa dni wolnego, w związku z tym NIE MAM CZASU NA NIC, a poza tym jestem WY-KOŃ-CZO-NA

edit:

zaprawdę powiadam wam, dni wolne od pracy zawodowej, przeznaczone na załatwienie spraw domowo-urzędowych to SAMO ZUO!

14:02, nie_taka_zla
Link Komentarze (2) »
czwartek, 22 marca 2012

Codziennie powieść w wydaniu bloxowym ;-)

Nadmienić jeszcze muszę, że podczas saniowej wywrotki zaliczyłam cios z łokcia (chyba) w szczękę. Ślicznego miałam siniaka, ale w sumie nic się nikomu nie stalo, ani podczas stłuczki, ani podczas wywrotki.

 Ale wracajmy do naszych baranów, a raczej wina.

Otoczyliśmy wianuszkiem termos, każdy dzierżąc kubek. Pierwszy kubek podstawiony pod kurek, kurek odkręcony. Nic.

-Kręć w drugą stronę - radzą wszyscy.

 To też nie poskutkowało, choć kurek mało nie został ukręcony.

-Może trzeba odpowietrzyć?

-Tak, tak, na pewno trzeba odpowietrzyć.

Jeden zacisk odpięty. Kurek w jedną i drugą stronę. Nic.

Drugi zacisk odpięty. Kurek w jedną i drugą stronę. Nic.

Trzeci zacisk odpięty. Kurek w jedną i drugą stronę. Nic.

Napięcie wzrasta. Stołu nie ma. Ławki nie ma. Kiełbasek nie ma. Grzańca nie ma!

I wtedy ktoś w akcie desperacji podniósł wieko termosu... i wszyscy wybuchnęli śmiechem. Grzaniec w garnku, owinięty w folię, grzecznie sobie stał na dnie termosu ;-)

 Dojechały w końcu kiełbaski, konik powędrował sobie do domku. Po odśpiewaniu kilku piosenek oraz konsumpcji jadła i napitku ruszyliśmy z powrotem. Panie na saniach, panowie pieszo, zrazu z pieśnią na ustach, stopniowo coraz cichszą... Gdyby w tym lesie przypadkiem żyły jakieś wilki, czmychnęłyby, gdzie pieprz rośnie ;-)

 W ośrodku następna atrakcja - nie prądu! To, że ciemno, to nic, przy świecach bardziej romantycznie, ale ogrzewanie jest prądowe! Awaria została usunięta zanim panowie dotarli.

 Siedzimy sobie potem przy stole - rozmowy, muzyczka, miło i przyjemnie, za oknami mróz i śnieg, a w świetlicy kominek zamykany hartowaną szybą, ognień w kominku trzaska, buzuje, robi nastrój...

 Po jakimś czasie ogień zaczął przygasać, pracownik dołożył parę polan, a dla lepszego efektu polał je podpałką. Tak, dobrze myślicie - ledwo zdążył się odwrócić po zamknięciu drzwiczek - huk, brzęk - poszła szyba. Lepiej nie myśleć, co by było, gdyby wybuchnęła mu w twarz, gdy był pochylony :-(

 Na szczęście to był koniec niefortunnych wydarzeń. Następnego dnia zajechaliśmy jeszcze do zamku w Nidzicy, ale było już za późno na zwiedzanie, przeszliśmy koroną tamy, pokomentowali grubość lodu i godny podziwu (?) hart i odwagę (?) wędkarzy i ruszyliśmy do domu.

 Jedno jest pewne - długo tego wyjazdu nie zapomnę!

 

17:22, nie_taka_zla
Link Komentarze (5) »
środa, 21 marca 2012

 Pisanie o kuligu w pierwszy dzień wiosny zakrawa na perwersję, ale z drugiej strony rzecz cała aż prosi się o upamiętnienie ;-)

 Wyruszyliśmy o ponad godzinę później, niż mieliśmy w planach - siła wyższa, jechaliśmy z kolegą jego samochodem. Ponieważ w  ieście w tym czasie była odwilż, miałam obawy, że główna atrakcja wyjazdu - kulig - nie dojdzie do skutku. Tymczasem, im dalej od Krakowa, tym bardziej zimowy krajobraz przesuwał się za oknem. Jedziemy, jrdziemy, humory dopisują, gadka-szmatka, śmichy-chichy, aż tu nagle... bum! Stłuczka. Młody chłopak, w wieku mojego syna wjechał w zadek. Rozmawiał przez komórkę, jak sam się przyznał. I to prawie na miejscu, jakieś 5 km przed ośrodkiem, do którego jechaliśmy. Humory skwaszone, kolega zarabia samochodem na chleb - jest taksówkarzem :-( Policja, protokół itd., pojechaliśmy dalej, zabezpieczając uprzednio klapę bagażnika linką, żeby się nie otwarła podczas jazdy. No nic, dojechaliśmy, rozlokowaliśmy się w pokojach, herbatka, spacerek i oczekiwanie na koniki. Sanie przybyły, kierowniczka wręczyła nam koszyk z kiełbaskami, sztućcami, kubkami oraz termos gastronomiczny z grzanym winem. Ruszyliśmy, pierwszy koń raźny, spokojnie, nasz był młody, szarpał i nie bardzo słuchał woźnicy. Koniec końców,sanki się "chybneły" i wylądowaliśmy w śniegu, stanowiąc malowniczą scenkę, w skład której wchodziły: przewrócone sanki, leżący ludzie, turlajace się kiełbaski oraz wku...rzony woźnica. Po tym, jak kiełbaski zostały uratowane, a my i sanki ustawieni dp pionu, podjęliśmy decyzję, że dalej idziemy pieszo, powierzając woźnicy koszyk z dobrami oraz stanowczo zakazując bicia konia, do czego się przymierzał :-(. Kilometrowy spacer nie był taki zły,kiedy szło się po zmrożonym śniegu, gorzej było w miejscach, gdzie zaczął tajać. Dotarliśmy na miejsce, gdzie miało byc ognisko. Super, my jesteśmy, nie ma kiełbasek ;-) Nie ma też ułożonego wcześniej ogniska. Ani stolika i ławek. A dokładniej - zostały tylko wbite paliki, bez desek na blat i siedziska. Góral zły, układa od nowa, mówi, że on juz tam znajdzie tego, kto mu taki numer wyciął. Jest ognisko. Kiełbasek nadal nie ma. Ale jest grzane wino w termosie! Grzaniec stał sie gwoździem programu :-). Nie z powodu procentów, ale swej niedostępności.

cdn...

22:41, nie_taka_zla
Link Komentarze (1) »
piątek, 16 marca 2012

  co to się z tym czasem porobiło do jasnej cholery, ja się grzecznie pytam?

 Pracuję już tylko po 8 godzin (choć nadal intensywnie, po pracy czuję się jakby ktoś mnie przeciągnął przez wyżymaczkę), a czasu nadal brak.

 Muszę wspomieć o kuligu, na którym byliśmy dwa tygodnie temu, ale to wydarzenie na dłuższy wpis, musi poczekać na dogodniejszą chwilę. Na razie zajawka ;-)

 magia ognia

09:51, nie_taka_zla
Link Komentarze (1) »
środa, 14 marca 2012

 Ku pamięci, mięci kupa wpiszę tu, że Młodszy jakiś czas temu miał studniówkę. Aaaaa! studniówkę! to znaczy, że zbliża się matura!!! Matura! Panika, panika, panika! Ja - panika, bo on udaje luzaka, ale mnie nie oszuka ;-)

 Ale miało być nie o panice, ale o studniówce. Zanim rzeczona się odbyła, z domu naszego wyruszył dostojny orszak, na czele którego kroczył Młodszy, jako osoba najbardziej zainteresowana, oraz w dowolnej kolejności mamusia, tatuś oraz starsza siostra. Zacne to grono zebrało się w celu odziania Młodszego w drugi w jego życiu garnitur, który ma mu wystarczyć na studniówkę, maturę oraz na egzaminy na studiach, na które mam nadzieję - szcżęśliwie się dostanie. Bo na ślub to chyba trzeba będzie nowy, c'nie?

 Orszak ten przypomniał mi jako żywo pierwszy dzień w przedszkolu Starszej. Odprowadzali ją rodzice oraz dziadkowie. Dziadkowie niby mieli po drodze ;-) Cztery dorosłe osoby na jedną trzylatkę ;-) Ale wracajmy do naszych baranów. Obecność rodziców przy zakupie garnituru jakby usprawiedliwiona, natomiast Starsza została zaproszona do współpracy jako doradca techniczny, żebyśmy ubrali Młodszego stosownie do jego wieku. Udało się nie zrobić z niego żałobnika, wszyscy byli zadowoleni ;-)

 Okazało się zresztą wkrótce, że obecność Starszej będzie sięgała znacznie dalej niż tylko zakupy studniówkowe. Ni mniej ni więcej, tylko brała udział w studniówce. Nie, nie jako osoba towarzysząca, jako "pilnowacz".

 A było to tak : dawno, dawno temu, za górami, za lasami ... A nie, to nie ta bajka ;-) W każdym razie - wiecie, jak wyglądają zebrania w szkole, kiedy odbywają się "łapanki" na różne ważne funkcje. Było też polowanie na pilnowaczy studniówkowych. Nie daliśmy się wrobić. Jakoś ani mnie, ani mężowi nie pasowała taka funkcja. Ale Starsza żartem zapytała brata, czy ona mogłaby się zgłosić. On wziął to za dobrą monetę i zadał  to pytanie wychowawczyni. Okazało się, że jest już cała obsada. Zapomnieliśmy o sprawie aż do tygodnia poprzedzającego studniówkę, kiedy zadzwoniła wychowawczyni z pytaniem, czy jednak córka nie mogłaby jechać, bo ktoś się rozchorował. W obliczu podbramkowej sytuacji Starsza wyraziła zgodę, acz bez entuzjazmu, gdyż jak przewidywała, wynudziła się setnie. Młodszy zaś bawił się świetnie i o to chodziło!

08:48, nie_taka_zla
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 12 marca 2012

 Ubiegły tydzień był masakryczny. Dawno takiego wariactwa w pracy nie było i - mam nadzieję - długo nie będzie. Ale - było, minęło, nie ma co się rozczulać. Najważniejsze, że projekt skończony, a od tego zależalo dalsze być albo nie być biura.

09:33, nie_taka_zla
Link Komentarze (6) »
wtorek, 06 marca 2012

 Dlaczego czas nie jest z gumy?!

 Jestem w czarnej rozpaczy oraz w czarnej dupie. Jutro chyba będę nocować w biurze. I to wcale nie jest żart :-(

22:28, nie_taka_zla
Link Komentarze (7) »
sobota, 03 marca 2012

 Ło matko, co ten kolega jeszcze robi w tym domu?! My już dawno w blokach strtowych, spakowani, ciasto pokrojone, mieszkanie posprzątane, dyspozycje dla Młodszego wydane, a tu nic i nic... A słońce za oknem woła...

11:24, nie_taka_zla
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 marca 2012

ja wiedziałam, że tak będzie aha aha , ja wiedziałam...

Wszystkie ubrania, które podobają mi się na innych osobach, czy na wieszakach, na mnie wygladają fa-ta-lnie. Buuuu... Zamienię się z kimś na szczuplejsze ciało. Albo niech ktoś mi odda moje, to sprzed kilku lat, kiedy wydawało mi się, że jestem gruba he he he.

 Konfrontacja mojej wizji zakupów, z ubraniami, które są w sklepach oraz - co ważniejsze - są dostępne w moim rozmiarze wypadła na niekorzyść wizji. Zderzenie było bolesne. Zakupy mnie przygnębiły.

 Na codzień nie przyglądam się sobie w lustrze nahalnie, ślizgam się wzrokiem po moim odbiciu, tak naprawdę nie widząc. W sklepie się przyjrzałam. Co ja mam w ogóle na głowie?! Tragedia w pięciu aktach. Oraz dno i pięć metrów mułu. Udało mi się wcisnąć do mojej fryzjerki na wtorek. Wizyta u niej zawsze mnie wprawia w dobry nastrój.

 Jednym słowem, przed spotkaniem udało się załatwić punkt pierwszy i drugi z mojego planu tygodnia. Spotkanie udane.

 W pracy też mam zmienne nastroje - od "jestem genialna" do "jestem beznadziejna". Wygląda na to, że w poniedziałaek i wtorek będę musiała zostać dłużej, żeby dotrzymać terminu oddania projektu.

 Nic to. Nie desperuj Mirmiłku, nie desperuj - jak mówiła Lubawa do swego męża kasztelana.

18:26, nie_taka_zla
Link Komentarze (5) »