Archiwum
Zakładki:
;-)
Czytelnia
Ech, te kobiety
Fotograficzne
I faceci
Kuchnia
Salon z politykami
Składzik z szablonami
Teraz Kraków
W świecie szerokim
Wiedza wszelaka
> Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl
Jeśli czegoś chcesz, znajdziesz sposób. Jeśli nie chcesz, znajdziesz powód.
czwartek, 30 grudnia 2010


Widzieliście film Andrzeja Fidyka "Defilada" ?

"Yodok Stories" jest dopełnieniem "Defilady"

Oto notka ze strony TVP na temat "Yodok"

Pomysł nakręcenia filmu o północnokoreańskich łagrach wyszedł od norweskiej organizacji praw człowieka RAFTO Foundation. Znalezienie reżysera emigranta z raju Kim Ir Sena i Kim Dzong Ila udało się dzięki pomocy południowokoreańskich organizacji pozarządowych. Jednak z początku Jung Sung Sanowi nie spodobał się pomysł Andrzeja Fidyka. Trudno się dziwić. Po ucieczce Sana jego rodziców aresztowano i katowano. Matka dostała wylewu i zapadła na chorobę psychiczną. Ojca stracono podczas publicznej egzekucji w obozie dla więźniów politycznych. Narzeczoną reżysera, utalentowaną tancerkę i piosenkarkę, również uwięziono po oskarżeniu jej ojca o szpiegostwo. Cała jej rodzina została zesłana na pustkowie, gdzie musiała mieszkać w wykopanych w ziemi norach przykrywanych tylko folią. Po kilkunastu miesiącach piękna do niedawna dziewczyna straciła paznokcie i niemal wszystkie włosy, odmroziła sobie nogi, obcięto jej pierś, wielokrotnie gwałcona przez żołdaków została dwukrotnie zmuszona do aborcji. Trzeba było trzech tygodni dyskusji, by Jung Sung San dał się przekonać. Realizacja spektaklu stała się dlań formą uczczenia pamięci rodziców, przed fotografią których, nie wstydząc się kamery Andrzeja Fidyka, łamiącym się głosem złożył uroczyste zobowiązanie: Obiecuję wam, że cały świat dowie się, jak jest naprawdę w Korei Północnej, jak żyją nasi rodacy. Co ciekawe w toku rozmów idea spektaklu niespodziewanie ewoluowała od kameralnej sztuki teatralnej do widowiskowego musicalu. Na pierwszy rzut oka zestawienie cierpień ofiar obozów koncentracyjnych z tak rozrywkową konwencją może wydawać się szokujące, a nawet gorszące. Na jego korzyść przemawiają jednak dwa poważne argumenty: po pierwsze koreańska specyfika kulturowa (zdaniem Fidyka dużo bardziej od europejskiej kolorowa i krzykliwa), po drugie zaś pragnienie zwrócenia powszechnej uwagi na problem północnokoreańskich łagrów. W trakcie realizacji filmu polski reżyser przekonał się bowiem, że wśród południowokoreańskich elit sprawa jest praktycznie nieznana.


I artykuł w RP

http://www.rp.pl/artykul/570663.html


Film jest wstrząsający.

Wielkie wrażenie zrobiło na mnie to, że spotkali się przy realizacji tego filmu i musicalu więźniowie i strażnicy z obozu. Wiem, że strażnicy byli nie tylko katami, ale także ofiarami systemu, jednak stawianie ich w jednym szeregu z więźniami budzi mój sprzeciw. Strażnik występujący w filmi uciekł, kiedy jego ojciec popadł w niełaskę. Twierdzi, że wierzył w oficjalną propagandę, w to, że więźniowie są wrogami narodu, nie są ludźmi, a skoro tak, nie uważał za naganne ich więzienie, pracę ponad siły, głodzenie, bicie, w końcu i egzekucje. Skojarzenia z faszystowską propagandą są oczywiste.

Rozpacz kobiety, która w obozie pochowała rodziców i nigdy nie odwiedziła ich grobów jest rozdzierająca, wziąwszy pod uwagę cześć, jaką otacza się w kulurach azjatyckich zmarłych przodków.

Reżim jest wręcz niewyobrażalny. Ludziom odebrano nawet prawo do wybrania śmierci. Samobójstwo jest zabronione. Jest uznawane za zdradę. Rodzina samobójcy natychmiast jest aresztowana i zsyłana do obozu.

Społeczeństwo Korei Południowej nie jest zainteresowane losem swych sąsiadów z północy, niewiele o nich wiedzą. Uciekinierzy, którzy współpracowali przy tworzeniu musicalu spotykali się z młodzieżą. Kamera obserwowała ich reakcje. Emocje, jakie wzbudzały opowieści czytelnie malowały się na twarzach. Przerażenie i niedowierzanie. Z takimi samymi odczuciami pozostałam ja po obejrzeniu filmu. To niemożliwe, że to dzieje się teraz,  dziś. Każdego dnia, każdej minuty. Niemożliwe.

 

wtorek, 28 grudnia 2010

Już miałam się obrazić na ducha Bożego Narodzenia, że tak zwlekał z nawiedzeniem mnie, ale mu wybaczyłam, bo bardzo się postarał w święta. Były bardzo udane i życzyłabym sobie, że wszystkie były takie. No może jeszcze tylko (malkontentka ze mnie wyłazi) chciałabym, żeby obecność siostry i jej rodziny była nie tylko via telefon.

19:57, nie_taka_zla
Link Komentarze (2) »
czwartek, 23 grudnia 2010

Duch Bożego Narodzenia dotarł w końcu także i do mnie. W związku z tym życzę wszystkim

wesołych świąt

w ciepłej, rodzinnej atmosferze!


23:16, nie_taka_zla
Link Komentarze (10) »
wtorek, 21 grudnia 2010

  uWAGA brzydkie słowa będą!

kurwica mnie dziś bierze!

no ja wiem, że przed świętami jest zawsze huk roboty. ok, rozumiem, zawsze tak było. jest i trzeba to zrobić. i tyle. ale czy ja muszę przy tym projekcje pracować z tą niezorganizowaną babą?!

 wkurw jest nie tylko pracowy. jest okołoświąteczny, małżeński i ogólnożyciowy. do dupy ze wszystkim. muszę coś/kogoś skopać

 

11:13, nie_taka_zla
Link Komentarze (8) »

  Kobieta-bluszcz nigdy nie była dla mnie ideałem. Cenię kobiety silne, niezależne, takie co to są wiotkie i delikatne, eleganckie i wytworne, a jednocześnie potrafią zrobić ruskie, wbić gwoździa i opieprzyć chłopa na budowie. Sama staram się taka być. Z mniejszym lub większym powodzeniem.

  Ale czasem mam ochotę zaszyć się gdzieś w kąciku i poczekać, niczym na rycerza w lśniacej zbroi na SAMOSIĘ.  Się zrobi, się załatwi, się rozwiąże. Się samo.

  Po mojej myśli, ale bez mojego udziału.

09:24, nie_taka_zla
Link Komentarze (3) »
czwartek, 16 grudnia 2010

  Czekanie na narodziny dziecka to dziwny czas.

 Czas uczuć ambiwalentnych. Bo z jednej strony - radość i nadzieja, a z drugiej - lęk i obawa. Mimo nowoczesnej aparatury, która podczas ciąży pozwala śledzić rozwój dziecka, obawa o jego zdrowie jednak gdzieś się tli. Tak samo jak obawa o zdrowie matki.

 To takie lęki, do których człowiek boi przyznać nawet tylko przed sobą,  w myślach, zgodnie z zasadą, że to, co nie nazwane nie istnieje. Ale te obawy istnieją, chowają się w zakamarkach świadomości, ale są. Przekonałam się o tym, rozmawiając już po narodzinach siostrzeńca kolejno z siostrą, mamą i teściową siostry. Każda z nas strach nazwała dopiero wtedy, kiedy już było po rozwiązaniu. Szczęśliwym rozwiązaniu.

11:19, nie_taka_zla
Link Komentarze (3) »
wtorek, 14 grudnia 2010

Młodsze rodzeństwo zafundowało mi serial medyczny. Siostra i mały K. opuścili dziś szpital, natomiast brat przywitał się ze stołem operacyjnym. Istniało duże prawdopodobieństwo, że będą cięci w tym samym dniu, w zupełnie innych, odległych od siebie miejscowościach i z zupełnie innych powodów. Jednak zabieg brata nieco się opóźnił. Jest już po, na razie OK, teraz trzeba poczekać na wyniki hist-pat. Jak zwykle w takich sytuacjach, zapadłam w stan hibernacji. Byle do wyniku. Pomyślnego.

21:23, nie_taka_zla
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 13 grudnia 2010

Pochłonęło mnie życie rodzinne, zawodowe, fuchowe. Na blog zabrakło czasu.

10:18, nie_taka_zla
Link Komentarze (2) »
piątek, 10 grudnia 2010

mam siostrzeńca! zdrowi. uff...

12:36, nie_taka_zla
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 06 grudnia 2010

 No i po było wracać? Było zadzwonić, że zasypało, zawiało, drogi nieprzejezdne itp. i zostać ;-) W końcu przecież źle mi nie było. A w robocie tyle roboty...

10:01, nie_taka_zla
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2