Archiwum
Zakładki:
;-)
Czytelnia
Ech, te kobiety
Fotograficzne
I faceci
Kuchnia
Salon z politykami
Składzik z szablonami
Teraz Kraków
W świecie szerokim
Wiedza wszelaka
> Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl
Jeśli czegoś chcesz, znajdziesz sposób. Jeśli nie chcesz, znajdziesz powód.
sobota, 28 lutego 2009

  No więc niestety, kataklizmu żadnego nie było. Nie pożarła mnie też czarna dziura, choć czasem, doprawdy bardzo sobie tego życzę.

 Tydzień obfitował w rozmowy. Różne, różniste. Oprócz tej nieszczęsnej była też milsza z siostrą (przyjechała z dziećmi do Krakowa) oraz cały szereg rozmów ze Starszą. A także z Młodszym, który jest bardzo zasadniczy i daje siostrze odczuć, jak bardzo mu się nie podoba ta sytuacja.

 Cóż, nam (mnie i małżonowi) też się nie podoba, w związku z tym temat tego rozwodu jest wałkowany z córką praktycznie na okrągło. O dziwo, jak rzadko kiedy, w tej sprawie mamy z mężem takie samo zdanie.

 Rozmowy ze Starszą nie są miłe, niestety. Musiała usłyszeć sporo gorzkich słów. A to boli. I ją i nas.

 Mleko się już rozlało i nie wygląda na to, żebyśmy mogli cokolwiek zmienić. Ale niech ona chociaż zda sobie sprawę z tego, co robi. Bo przepraszam bardzo, ale małżeństwo to nie zabawka, którą można rzucić w kąt, jak przestanie się podobać. Bo związała się z konkretnym człowiekiem z krwi i kości, z jego zaletami (których teraz nie dostrzega) oraz wadami (których nie widziała wcześniej mimo moich ostrzeżeń), wzięła go z całym inwentarzem.

 I choć bez wątpienia on nie spisał się w roli męża, to ona w naszym przekonaniu zbyt szybko spisała go na straty, odmawiając mu przy tym prawa do walki o nią, do gniewu, do złości, do chwytania się wszelkich sposobów.

 To nie będzie bezbolesne rozstanie. Za wszystko trzeba zapłacić.

 Rachunek wystawi jak zwykle życie.

środa, 25 lutego 2009

 Dziś muszę załatwić coś, czego nie chcę. Każda komórka mojego ciała przeciw temu się buntuje. Jedne krzyczą i tupią nóżkami, inne się chowają po zakamarkach i udają, że ich nie ma.

 Nie chcę tego zatwiać. Może jakieś małe, lokalne trzęsienie ziemi? albo lepiej czarna dziura. Niech go pochłonie.

 Jednakowoż człowiek jest jednak dorosły, nieprawdaż. I wie, że niektóre rzeczy zrobić POWINIEN, a nawet MUSI, choćbym nie jak nie CHCIAŁ. Więc trzeba stawić temu czoła. Więc załatwię to, choćbym miała potem przez trzy dni - sorry - rzygać z nerwów.

 Do bani z tą dorosłością.

 Do bani ze wszystkim.

poniedziałek, 23 lutego 2009

-Ale, ale! mój Michale, czyś już tańczył w karnawale?

- A tańczyłem, ma się wiedzieć! A co miałem w kącie siedzieć?

Kto nie tańczył, to ten..., no ma okazję jeszcze tylko dziś i jutro.

Ja nie tańczyłam, siedziałam w kącie, gdzie znalazły mnie tylko smutki i kłopoty.

Na pohybel im pomalowałam se wczoraj pazurki. Na kolor czarna wiśnia.

He he he, widzę, że u mnie malowanie paznokci jest oznaką najwyższego stopnia frustracji.

A niech tam. Dziś po południu świat stanie się na chwilkę lepszy. A w każdym razie odrobinę ładniejszy. Do fryzjera znaczy się idę. Na pohybel zmartwieniom!

13:29, nie_taka_zla
Link Komentarze (4) »
czwartek, 19 lutego 2009

macie jeszcze ochotę?      

;-)

22:24, nie_taka_zla
Link Komentarze (4) »

 Show must go one. Nie ma lekko.

Czas wyjść z tego stuporu, w który wpadłam. W związku z tym umówiłam się do fryzjera. Dopiero na poniedziałek. Może być.

 Za to już dziś zrobiłam sobie maseczkę. 

Wracam do żywych.

Starsza w kinie. Z jeszcze-zięciem. Nie wyznaję się w tym. 

20:27, nie_taka_zla
Link Komentarze (12) »

 W dniu wczorajszym udałam się z córką moją ukochaną, którą mam ochotę sprać zaraz po tym, jak mam ochotę nad nią płakać; udałam się z nią powiadam do centruma handlowego w celu nabycia drogą kupna obuwia zimowego. Rzeczone obuwie bowiem odmówiło dalszej współpracy, pęknąwszy nieznacznie acz zauważalnie. Zauważalnie zwłaszcza dla stópek mych ciepłolubnych. I sucholubnych. W związku z wystąpieniem u obuwia owej niewybaczalnej wady, udałam się byłam już onegdaj, w sobotę na bazarek. Niestety, wróciłam zawiedziona i okrutnie zmarznięta. Butów dla mnie nie było. Nic to, pomyślałam sobie. Gdzieś są buty, które na mnie czekają. I pomyślałam sobie, że czekają one, te buty w Deichmanie, któren to sklep ma w dodatku tę zaletę, że daje dwuletnią gwarancję na swój towar.

 I udałam się samowtór z córką do owego sklepu. I zobaczyłam, że to nie jest miejsce, gdzie czekają na mnie buty. Nic to, one gdzieś muszą być.

 I wróciłyśmy do domu bez butów, ale za to z bluzką i bielizną (córka) oraz kremem pod oczy i kartonem mleka (ja).

 A butów niet.

08:56, nie_taka_zla
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 16 lutego 2009

 Rozmawiałam wielokrotnie z nią, rozmawiałam z nim. Niewiele ta rozmowa wniosła. Powiedziałam mu, że ani go nie potępiamy (byłam z małżonem), ani nie chcemy być sędzimi w ich sprawie, bo tak naprawdę co między nimi zaszło, wiedzą tylko oni.

 Wszystkie te działania podjęłam bez wielkich nadziei na powodzenie. Po pierwszym dniu widziałam, że ona podjęła decyzję. Przez te dwa tygodnie tylko raz się zawahała.

 Poczucie klęski mnie nie opuszcza.

 Paradoksalnie, cała ta sytuacja zmusiła nas (mnie i męża) do zwerbalizowania pogladów na instytucję małżeństwa. Zgadzamy się jeżeli chodzi o pryncypia. Pewnie dlatego to małżeństwo wciąż trwa mimo wielu burz, mielizn i raf. Co i rusz stajemy nad przepaścią, ale wciąż trwamy.

 Taka chwiejna równowaga.

środa, 11 lutego 2009

 Osiem godzin w pracy, 1h 15' w drodze do szpitala, 1h 30' z mamą, 1h 15' w drodze do domu. Jak ja się nazywam? Zapomniałam... Z lustra spogląda zombi, fryzjer się kłania, wyglądam koszmarnie.

 Porażka. Porażka na wszystkich frontach.

 A nie, przepraszam, nie na wszystkich. Nie pisałam, że Młodszy przeszedł do etapu wojewódzkiego olimpiady. Będą dodatkowe punkty do liceum.

 Poza tym dno i dwa metry mułu.

 Racjonalnie wiem, że ten krach to nie moja wina, ale mam poczucie totalnej klęski. Zrobiłam co mogłam. Rozmawiałam spokojnie, sprałam, no nie dosłownie. Nagadałam swojemu dziecku. Może nawet więcej niż powinnam. Więcej zrobić nie mogę, nie potrafię i chyba nie powinnam.

 Opłakałam już to małżeństwo, pożegnałam się z nim. Nie wiem, nad czym płaczę. Czy bardziej nad córką, że jest nieszczęśliwa, widzę że się miota (on też ale zdeczko za późno). Czy nad rozpadem małżeństwa, bo dla mnie to poważna sprawa i rozwód to ostateczność. Czy też opłakuję swoje marzenia o szczęśliwej rodzinie.

 Nie chodzi mi o kasę, o te prezenty, o których chciał rozmawiać Zięć, o to co ludzie powiedzą itp. Pies z tym wszystkim tańcował.

 Ja już ich widziałam, jak podrzucają nam wnuki, żeby iść poszaleć. Ha ha ha

 

wtorek, 10 lutego 2009

 Zaczyna się prostować, choć na razie mówię to z taką pewną nieśmiałością i bardzo ostrożnie.

 No i dobrze, bo jeszcze trochę i bym się odwodniła.

poniedziałek, 09 lutego 2009

 no dobra, jak już zaczęłam nadawać reality show "sceny z życia małżeńskiego i rodzinnego", to idźmy za ciosem.

 Dziś psze państwa kolejny odcinek, w którym Starsza informuje nas, że poprzedniej nocy gadali przez telefon pierwszy raz bez oskarżeń i złośliwości, następnie odbiera telefon, następnie udaje się na spotkanie z nim, następnie wraca i ryczy. W dalszych scenach widzimy, że telefon dzwoni, ale nie zostaje odebrany, dzwoni, Starsza rozmawia, ryczy, następnie wychodzi, informując, że jedzie z nim gdzieś, nie wie gdzie i nie wie kiedy wróci. I żeby nie czekać na nią.

 W tzw. miedzyczasie mąż rozmawia z nim, spotkawszy go przed klatką i dowiaduje się, że on będzie starał się wyprosić jeszcze jedną szansę.

 Nie ma jej już prawie trzy godziny, ale to o niczym jeszcze nie świadczy, nieprawdaż.

 I na koniec uraczę szanowną publiczność kiczem. Banalny, ograny symbol, natrętnie pchający się przed oczy. W kuchni na blacie stoi kubek Starszej, podarowany jej kiedyś przez Zięcia. Rozbił się równo tydzień temu. Czy uda się go jeszcze skleić?

 

 
1 , 2